Chcesz (znów) czytać? Zacznij od Zawrocia

A kiedy przyjdzie na ciebie czas, a przyjdzie czas na ciebie… No i przyszedł. Czas, w którym dotarła do mnie bolesna świadomość, że swojego największego marzenia już nie zrealizuję. Nie starczy mi na to czasu, nie zdążę już zarobić na to, co tak bardzo chciałbym mieć. Lata mijają nieubłaganie, okrutnie. Wraz z nimi wydajność nie rośnie, sił nie przybywa, osiem godzin dziennie to realne maksimum. Przynajmniej, jeśli chcę choć raz pobrać z ZUS nędzne grosze, które w Polsce uważane są za emeryturę. W sumie i tak kilka marzeń spełniłem, dobre i to.

Czego już się nie dorobię? Domu z ogrodem. Kawałka własnej ziemi. Dwóch własnych drzew, między którymi mógłbym rozpiąć hamak. Wilczura, leżącego w trawie nieopodal i czuwającego nad moją drzemką. Doczekam Czarnej Kosiarki w budynku wielorodzinnym, najprawdopodobniej w tym, w którym dziś piszę te słowa. Co mi pozostaje? Zastępowanie marzenia literacką wizją. A tę dają mi powieści Hanny Kowalewskiej, tworzące cykl o Zawrociu.

Ich główna bohaterka ma na imię Matylda. Nieoczekiwanie dla samej siebie dziedziczy po babce piękny, stary dom, wręcz dworek we wsi gdzieś niezbyt daleko od Warszawy. To właśnie Zawrocie – miejsce, którego Matylda nie chce zmieniać. Wielki portret jej surowej babki wisi i napomina, ale to zbędne. Matylda zakochała się od razu w tym starym domu, płynącej w pobliżu rzeczce, w ogrodzie i niedalekim lesie.

Bo Matylda zakochuje się nadzwyczaj często, choć może raczej: zadurza. Ląduje w łóżku z rozmaitymi mężczyznami, ale z żadnym nie jest w stanie stworzyć trwałego związku. W ostatniej powieści, zatytułowanej „Cztery rzęsy nietoperza”, ma za sobą miesiąc intensywnego kochania się ze swym ciotecznym bratem (sic!) Pawłem  i plany na wspólne życie spięte dwiema złotymi obrączkami. Ma też pod sercem Fasolkę: dziecko płci jeszcze nieznanej, spłodzone przez… brata owego Pawła. Matylda jest wdową. Kiedyś jej mężem był Filip, nazywany Świrem. Zaledwie po roku małżeństwa ten zwariowany artysta zabił się, wyskakując przez okno.

Matylda to chodząca dobroć i nieasertywność, co sporo ją kosztuje, bo wokół niej działa cała armia nienawistników, zazdrośników, intrygantów i manipulantów. Nic więc dziwnego, że „Cztery rzęsy nietoperza” to w jakimś sensie zagadka kryminalna: ktoś Matyldę straszy, przyczepiając do zawrociańskiej klamki wypreparowaną żabę, martwego nietoperza, potem papugę z ukręconym łebkiem. Potem jest jeszcze gorzej: ktoś truje jej ukochane psy. Sprawców szuka policja, szuka ich też na własną rękę Matylda, a podejrzanych jest wielu, bo otoczenie Matyldy to tylko nieliczni dobrzy ludzie. Cała reszta ma powody lub sądzi, że ma powody, by Matyldzie życzyć jak najgorzej.

Akcja „Książka, dzięki której zacząłem czytać” to projekt mający na celu wyłonienie najlepszych książek z każdego gatunku literackiego. Każdy bloger biorący udział w akcji przedstawia jedną książkę,  od której warto jego zdaniem zacząć przygodę z danym gatunkiem. Organizatorką akcji jest Dagmara Sobczak z blogu socjopatka.pl.

Chcemy też przekazać, że jest wiele ciekawych gatunków literackich, często przez nas nieodkrytych, w których inni zaczytują się bez pamięci.

Akcja trwa od 01.07.2017 do 31.07.2017 roku. Po jej zakończeniu na blogu organizatorki akcji pojawi się lista wszystkich tytułów, z którymi chcemy Was zapoznać.

A Paweł? Paweł jest w tym czasie daleko: to kompozytor, który próbuje właśnie swoich sił w Hollywood. Ma wrócić na święta, tęskni, dzwoni, ale nie wraca. Ciężarna trzydziestolatka musi się sama zmierzyć z legionem nieżyczliwych ludzi. Nawet w najbliższej rodzinie nie znajduje wsparcia: ma koszmarną matkę, jeszcze bardziej koszmarnego ojczyma, a jej młodsza siostra, przyrodnia zresztą, to apogeum nienawiści i zazdrości. Ktoś z gatunku „psychiatra płakał, jak przyjmował”.

I więcej o fabule nie napiszę.

To się połyka, pożera, chłonie. Książka ma 619 stron, ale uporałem się z nią błyskawicznie. Bo też pisze Kowalewska w sposób, który szczególnie lubię. Umie stworzyć klimat, wplatać w fabułę opisy, ale takie, które nie nudzą i nie męczą. To w gruncie rzeczy poetyckie klimaty, ale podane lekko. Przy takiej prozie odpoczywam, moja mózgownica nie musi tu pracować na 100% mocy plus dopalacze, bym poczuł zapach starego drewna, zobaczył ogień buzujący w kominku albo poczuł dotyk sierści wiernej Unty, której udało się nie paść ofiarą truciciela. Nie muszę ciężko pracować wyobraźnią, by być tuż obok Matyldy, by patrzeć w oczy surowej babce na portrecie, mogę brnąć razem z bohaterką przez śnieg i toczyć słowne pojedynki z jej antagonistami. I dopingować ją niczym kopaczy na stadionie.

To nie jest tanie romansidło, to nie jest książka dla kucharek, to nie jest harlequin. To jest dowód na to, że można tworzyć prozę ambitną, ale niemęczącą czytelnika. Prozę osadzoną (no, do jakiegoś stopnia – jestem i zawsze będę redaktorem, który poprawiłby to i owo) we współczesnych polskich realiach. To jest literatura, od której można zacząć czytać lub do czytania powrócić.

„Cztery rzęsy nietoperza” polecam całym sercem, choć miłośnicy systematyczności powinni raczej wejść w życie Matyldy nie od końca, lecz od pierwszej powieści zawrociańskiego cyklu, czyli czytając „Tego lata, w Zawrociu”. Potem należałoby przeczytać kolejno „Górę śpiących węży”, „Maskę Arlekina”, „Inną wersję życia” i „Przelot bocianów”. Ale, tak między nami mówiąc, można też czytać te książki w dowolnej kolejności, bo każda z nich to odrębna (o)powieść. Ja sam nie czytałem po kolei – zależało to od dostępności książek w mojej bibliotece. Z tym tylko, że po pierwszej powieści wiedziałem, że MUSZĘ przeczytać pozostałe. A już teraz czekam na kolejną, zapowiadaną przez autorkę w wywiadach.

*

Mój zawód polega w dużej mierze na czytaniu. Przeważnie tekstów, które jeszcze nie zostały opublikowane. Bardzo często są to teksty, które nigdy nie zostaną opublikowane, bo się do tego po prostu nie nadają. Nic więc dziwnego, że po jakimś czasie ochota na czytanie mi przeszła. Na długo. Co się stało, że znów zacząłem czytać dla siebie, dla przyjemności?

Jestem produktem PRL-u, domatorem, człowiekiem nietowarzyskim i nierozrywkowym. Wieczory spędzam najczęściej na oglądaniu jakiegoś filmu w TV. Ale stało się tak, że budynek, w którym mieszkam, poddano remontowi. Rusztowania oplotły dom ze wszystkich stron, a wkrótce potem w moje okno na II piętrze zastukał pracownik nieumysłowy.

– Panie, weź se pan tą antenę do środka, bo ją zdjęłem!

Rzeczywiście. Nawet nie pytał o zgodę, tylko odkręcił naszą antenę satelitarną i wręczył mi ją. Na przechowanie.

Telewizję szlag trafił. Na miesiąc z okładem. Coś trzeba było robić wieczorami. Z braku innych pomysłów zapisałem się do biblioteki. I wypożyczyłem wspomnianą wyżej „Maskę Arlekina”. Tak to się u mnie (na nowo) zaczęło i trwa do dziś.

*

Chciałem wzbogacić ten tekst kilkoma słowami od autorki wspomnianych powyżej książek. Z dużym wyprzedzeniem wysłałem więc do Hanny Kowalewskiej maila z informacją o planowanej publikacji i uprzejmą bardzo prośbą o odpowiedź na trzy pytania. Niestety, pozostał on bez reakcji.

Marek Trenkler

Matuzalem blogosfery. Redaktor, korektor, autor tekstów
Podobają Ci się moje teksty? Być może mogę napisać coś i dla Ciebie.

Mogę też, jako doświadczony redaktor i korektor, uczynić Twoje teksty lepszymi. Masz pytania? Propozycje? Zlecenie? Napisz do mnie: texterpl@gmail.com

Drogi Czytelniku! Ponieważ wierzę, że jesteś istotą rozumną, doskonale wiesz, że ta strona używa cookies. Ba, wiesz nawet, co to jest. Aby jednak formalności stało się zadość, niniejszym informuję Cię: tak, ja też faszeruję nimi Twojego kompa, na co masz prawo się zgodzić lub nie.