Kerolajn nie chce już po polsku

Oberwało mi się ostatnio na Facebooku. Wszystko przez to, że chodzi mi po głowie wstępny zarys początków wyobrażenia o idei pomysłu na zalążek pierwszych myśli o czymś, co być może wymagałoby grafiki. Zareagowałem więc, z czystej ciekawości, na post pewnego grafika, który reklamuje tam swoje usługi. Chciałem obejrzeć jego prace i dowiedzieć się czegoś o nim samym, wszedłem więc na jego stronę WWW. I zaraz wyszedłem, bo strona jest tylko po angielsku.

Nie to, żebym nie rozumiał, ale po prostu mnie odrzuciło. Skoro gość na Facebooku reklamuje się po polsku i wyraźnie zaznacza, że interesują go też klienci indywidualni, poczułem się zaproszony do odwiedzin. Nie znam jednak żadnego, ale to absolutnie żadnego powodu, dla którego z owym grafikiem, Polakiem, miał komunikować się po angielsku. I napisałem mu to w komentarzu do jego reklamy.

A zaraz potem zebrałem cięgi od kilku młodych ludzi płci obojga, którzy usiłowali mi uświadomić, że graficy na pewnym poziomie oraz reprezentanci wielu innych branż porozumiewają się ze sobą już tylko po angielsku. Dlaczego? Żeby mogli się rozumieć, brzmiało wyjaśnienie. Ktoś z dyskutantów przeprowadził nawet wnikliwe śledztwo i wydedukował, że jestem korektorem, a z dedukcji tej wywiódł pod moim adresem zarzut fetyszyzmu zawodowego. Zasugerowano mi też oenerowską koszulkę.

Odszczeknąłem się ostatecznie, że nie życzę sobie, by ktoś niebędący obcokrajowcem zwracał się do mnie w Polsce inaczej niż po polsku i dyskusję opuściłem.

Następnego dnia znów przez chwilę świtało mi w głowie coś związanego z grafiką i tak trafiłem na stronę Karoliny vel Kerolajn. Bo i jej strona zawiera tekst wyłącznie po angielsku. Nie wyszedłem jednak byle gdzie, lecz na konto instagramowe tej dziewczyny. Tam też jest po angielsku. Powiedziałbym wręcz: spotykamy się tam z iście oxfordzką angielszczyzną, zobaczcie sami:

Kerolajn to poliglotka

No cóż, u Kerolajn też nic nie zamówię (a szkoda, bo dziewczyna jest świetna w tym, co robi). Zastanawiam się natomiast, co sprawia, że wzgardziła polszczyzną.

Być może liczy na to, że na jej stronę lub instagramowe konto wejdzie arabski szejk albo jakiś nafciarz z Teksasu i obsypie ją dolarami. Po cóż miałaby się biedzić nad pisaniem po polsku, skoro w Polsce nikt jej nie zaproponuje dolarów ani euro?

Być może ma gdzieś w sobie kompleks bycia kimś z tej gorszej części Europy i świata. Chce się wybić ponad polskość, dołączyć do wolnych i bogatych, pokazać, że jest częścią międzynarodowej, globalnej wspólnoty serc i umysłów.

Być może wychodzi z założenia, że wszyscy w Polsce tak jak ona mówią i piszą po angielsku, więc w sumie nie ma po co tworzyć dodatkowej strony po polsku dla półanalfabetów.

Być może jest jak ten ktoś, kto napisał na Facebooku: ja to już w sumie lepiej mówię po angielsku niż po polsku. I nie był to emigrant, o nie…

Z konieczności zwracam uwagę na rozmaite ogłoszenia rekrutacyjne. Agencje itp. twory poszukują copywriterów, specjalistów SEO i SEM, grafików, mistrzów WordPressa i różnych innych fachowców. Do pracy w Polsce. Ogłoszenia z reguły napisane są po angielsku.

Należałoby siąść i pisać doniesienia, chociaż mi się nie chce. A jest do kogo, bo wciąż obowiązuje Ustawa o języku polskim z 7 października 1999 r. (Dz. U. 1999 nr 90 poz. 999). Stanowi ona wyraźnie, że w Polsce posługujemy się językiem polskim. Precyzuje, gdzie jest to obowiązkowe. Tymczasem jeden z dyskutantów we wspomnianym wcześniej sporze napisał mi o niej, że to nie ma znaczenia, co mówi jakiś bubel prawny…

Czasem czuję się już stary, choć tylko czasem. Czasem cieszę się, że mam już dużo bliżej niż dalej. To jedna z takich sytuacji.

Naprawdę nie mam nic przeciwko uczeniu dzieci angielskiego już od przedszkola. Jestem jak najbardziej za tym, żeby każdy młody Polak znał ten język, bo to faktycznie przepustka do komunikacji na całym niemal świecie. Mogę tylko żałować, że moja edukacja przypadła na okres, w którym powszechnie nauczano rosyjskiego, a języki zachodnie traktowano po macoszemu. Nadrobiłem to z nawiązką, ale żal pozostał.

Nie mogę się jednak pogodzić z rosnącą pogardą dla języka ojczystego. I nie rozumiem jej w tym akurat kraju, w Polsce. Zupełnie. Aż mnie korci, żeby na patriotyczną nutę zacząć ględzić o tych, co polegli, żebyście wy… Spokojnie, nie zacznę, ale mnie korci.

Strona po angielsku? Jak najbardziej, ale TEŻ po angielsku, a nie przede wszystkim. Agencja poszukuje fachowca znającego angielski? Niech poszukuje, ale po polsku. Jego znajomość języka Szekspira będzie można sprawdzić choćby w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej.

Myślę też sobie, że większość moich oponentów szalała ze szczęścia, gdy Lewandowski w białej koszulce i czerwonych galotach wbijał bramkę Kazachom. Że w emocjach krzyczeli po polsku, nie po angielsku.

No to niech się przestaną wygłupiać z tą angielszczyzną ZAMIAST, a nie OBOK polskiego.

Baj for nał, kurwa.

Marek Trenkler

Matuzalem blogosfery. Redaktor, korektor, autor tekstów
Podobają Ci się moje teksty? Być może mogę napisać coś i dla Ciebie.

Mogę też, jako doświadczony redaktor i korektor, uczynić Twoje teksty lepszymi. Masz pytania? Propozycje? Zlecenie? Napisz do mnie: texterpl@gmail.com
  • Wiele blogerek na Insta ma jakieś szczególne upodobanie do pisania po angielsku, mimo sporego grona polskich obserwatorów, i też mnie to drażni. Rozumiem, że hashtagi, albo w ostateczności i po angielsku, i po polsku, ale tylko po angielsku? No i robi się śmiesznie, jak nie dość, że po angielsku, to jeszcze z błędami 😉 A ogłoszenia o pracę? Tylko głowa boli od czytania nie po swojemu tych wszystkich pierdół o młodym, dynamicznym zespole…

  • Pełna zgoda. Tyle i aż tyle:)

  • Mnie najbardziej smucą Polacy mieszkający za granicą, którzy nie uczą swoich dzieci j. polskiego pod pretekstem „dwa języki naraz to za dużo”.

Drogi Czytelniku! Ponieważ wierzę, że jesteś istotą rozumną, doskonale wiesz, że ta strona używa cookies. Ba, wiesz nawet, co to jest. Aby jednak formalności stało się zadość, niniejszym informuję Cię: tak, ja też faszeruję nimi Twojego kompa, na co masz prawo się zgodzić lub nie.