Kultura porażki

Autobus stanął, kierowca otworzył drzwi. Dzieciarnia z wrzaskiem wysypała się na zewnątrz, na zieloną łąkę. Biegłem i ja. Może też z wrzaskiem – nie pamiętam. Pamiętam co innego: nagle poślizgnąłem się na czymś i runąłem jak długi. Nic mi się nie stało, ale moje śliczne krótkie spodenki były kompletnie przesiąknięte świeżą, zdrową kupą krowią. Na samiusieńkim początku pierwszej szkolnej wycieczki. Miałem sześć (tak!) lat, podobnie jak moi klasowi kameradzi płci obojga.

Pamiętam zbiorowy śmiech, a potem jeszcze głośniejszy, gdy nauczycielki (i może jakaś towarzysząca mama?) kazały mi te spodenki zdjąć. Zostałem w majtkach, co dziecięca czereda skwitowała donośnym „łeeeee!!!” wraz z pokazywaniem na mnie palcami. Potem, gdy trzydzieści sztuk sześcioletniego obywatela PRL dokazywało na łące, ile wlazło, ja siedziałem w majtkach na kocyku obok nauczycielek, czerwony ze wstydu, wściekły, zrozpaczony. Może zapłakany.

To była pierwsza porażka, jaką pamiętam.

Nawet jeśli patrzysz pod nogi, zawsze możesz w coś wdepnąć

Potem były następne i następne. Jak to w życiu.

Porażka może uczyć i motywować, ale nie musi

Czemu tak twierdzę?

Jedną z największych porażek w życiu dorosłego człowieka jest nieudane małżeństwo i wynikający z niego rozwód. Przerabiałem to dwukrotnie, więc dobrze wiem, o czym piszę. W jaki sposób po każdej z tych porażek mogłem je sobie tłumaczyć? Jako że w żadnej z nich nie chodziło o niewierność, zdradę etc., lecz raczej o pakiet konfliktów, nazywany często „niezgodnością charakterów”, możliwości było kilka:

  • bo to zła kobieta była,
  • bo byłem ostatnim palantem,
  • bo jedno i drugie jak wyżej,
  • bo byliśmy źle dobrani i to po prostu nie mogło się udać.

Przechodziłem różne fazy interpretacyjne. A co myślę o tym dziś, po wielu latach?

Nic. Nie wiem i guzik mnie to obchodzi, to już nie ma żadnego znaczenia. Było, minęło. Najważniejsze jest to, że od lat jestem w trzecim, tym razem udanym związku. Wszystko wskazuje na to, że napisy końcowe włączy w nim dopiero dama z kosą w łapie. Czy jakieś doświadczenia z poprzednich małżeństw są mi potrzebne w obecnym? Naprawdę nieliczne, bo przecież każde małżeństwo to związek z innym człowiekiem, a więc inne radości i inne problemy.

Inny przykład. Tym razem fikcyjny, ale zupełnie realny.

Z Pipkowa do Pupkowa, mało uczęszczaną drogą, jedzie sobie facet. Lato, słońce, ciepełko. Poboczem idzie dziecko. Nagle do samochodu wlatuje szerszeń. Facet instynktownie puszcza kierownicę, żeby odgonić agresywnego owada. Sekunda nieuwagi, donośne „pac” i odtąd rząd Jego Kaczej Mości ma jednego beneficjenta 500+ mniej. Facetowi grozi teraz kara bezwzględnego więzienia, może też potężne zadośćuczynienie dla rodziców zabitego dziecka. A już na pewno to, że resztę życia spędzi z traumą.

I czego się ten facet miałby ze swojej porażki nauczyć? Chyba tylko tego, że następny samochód koniecznie z klimą…

Żyjemy w kulturze porażki

Polska nie jest krajem, w którym dominowałoby jakieś hasło typu „Yes, we can!”. Jako agnostyk z przykrością muszę przyznać, że głębokie piętno wyciska na każdym z nas chrześcijaństwo. „TO” tkwi nawet w zagorzałych racjonalistach i antyklerykałach. „TO”, czyli co? Ano między innymi jedna z wzorcowych odpowiedzi na pytanie zawiedzionej wiarą owieczki: „kogo Pan Bóg miłuje, tego doświadcza”. Formułka ta pochodzi zapewne stąd:

Bo kogo miłuje Pan, tego karze, chłoszcze zaś każdego, którego za syna przyjmuje. Trwajcież w karności! Bóg obchodzi się z wami jak z dziećmi. Jakiż to bowiem syn, którego by ojciec nie karcił? Wszelkie karcenie na razie nie wydaje się radosne, ale smutne, potem jednak przynosi tym, którzy go doświadczyli, błogi plon sprawiedliwości. (Hbr 12,4-7.11-15)

Czego się stąd dowiadujemy? Jak dla mnie, wynikają z tego następujące wnioski:

  1. Cierp więc, człowiecze, módl się i pracuj, a w zamian kolejne łomoty z nieba dostawać będziesz.
  2. Nie drzyj ryja, że ci źle, bo jeśli jest ci źle, to bardzo dobrze.
  3. Ponieważ katoliccy księża mają się w Polsce jak pączki w maśle, najwyższy Szef najwyraźniej ich nie miłuje.

W sumie to równie dobrze należałoby hołdować zasadzie:

Jak się baby nie bije, to jej wątroba gnije…

Ale jest w tym jeszcze coś, a mianowicie konkluzja taka: każde ludzkie działanie lub zaniechanie może się zakończyć porażką. Nie ma takiego wysiłku ani takich starań, które gwarantowałyby sukces.

I choć chrześcijańskie, a zwłaszcza katolickie nauki budzą nierzadko mój najgłębszy sprzeciw, to z tą ostatnią konkluzją muszę się zgodzić.

Przed 2009 rokiem (afera hazardowa) zajmowałem się m.in. zakładami bukmacherskimi. Od dwóch lat inwestuję na rynku Forex. Oba te sposoby na zarabianie pieniędzy nauczyły mnie jednego: nie ma „pewniaków”. Zarówno dowolny mecz, jak i najlepszy choćby foreksowy setup mogą przybrać zupełnie niespodziewany obrót i zakończyć się w sposób wywołujący głęboki opad kopary. Statystycznie można mieć więcej przegranych niż wygranych, więcej porażek niż sukcesów – to bez znaczenia. Ważne, żeby całościowy bilans wychodził na plus. Nie martwię się więc tym, że dolar poszedł w górę, choć ja grałem na spadek. Ani że złoto potaniało, choć ja przewidywałem zwyżkę. Interesuje mnie tylko bilans miesiąca i roku. Ryzykuję X złotych, by wygrać 2X, 3X lub nawet więcej.

Podobnie staram się postępować w życiu. Na ile konstrukcja psychiczna mi pozwala, nie przejmuję się taką czy inną wpadką, o ile oczywiście nie jest to prawdziwa katastrofa. Wnioski wyciągam, gdy to możliwe, ale dopuszczam myśl, że są i takie porażki, z których niczego nauczyć się nie można. Gdy to możliwe, wmawiam sobie: „a właśnie, że dam radę”.

A że nie zawsze jest to możliwe? No cóż, wtedy powtarzam sobie lekko zmodyfikowaną, ulubioną formułkę motywacyjnych hochsztaplerów:

— Sraj. It’s the limit.

Tagi dodatkowe: #tydzienporazki #weekforfailure

Marek Trenkler

Matuzalem blogosfery. Redaktor, korektor, autor tekstów
Podobają Ci się moje teksty? Być może mogę napisać coś i dla Ciebie.

Mogę też, jako doświadczony redaktor i korektor, uczynić Twoje teksty lepszymi. Masz pytania? Propozycje? Zlecenie? Napisz do mnie: texterpl@gmail.com

Żadnych dyskusji!

Drogi Czytelniku! Ponieważ wierzę, że jesteś istotą rozumną, doskonale wiesz, że ta strona używa cookies. Ba, wiesz nawet, co to jest. Aby jednak formalności stało się zadość, niniejszym informuję Cię: tak, ja też faszeruję nimi Twojego kompa, na co masz prawo się zgodzić lub nie.