Wesołe jest życie redaktora

Z boku patrząc, mój zawód można by uznać za wyjątkowo nudny. Albo grzebię się w cudzych tekstach, których treść rzadko kiedy mnie interesuje, albo piszę teksty, których treść rzadko kiedy interesuje innych. Nie znaczy to jednak, że nie przeżywam chwil naładowanych emocjami, bo potencjalni i realni klienci potrafią czasem dostarczyć intensywnych doznań. Dziś opowiem Ci o kilku takich sytuacjach.

I. Nocna maszynistka

Ponieważ wstaję bardzo wcześnie (z reguły przed 4.00), często też wcześnie chodzę spać. Tego dnia położyłem się więc około 20.30. Mijały minuty i przed moimi zamkniętymi oczami zaczęła się rozgrywać scena, której moja żona wolałaby nie zobaczyć. Robiło mi się coraz bardziej błogo, gdy z przedsnu wyrwał mnie firmowy telefon. Nie pamiętałem, by go wyłączyć. Wstałem i odebrałem.

     – Bo ja jestem na pana stronie – powiedział męski głos i już wiedziałem, że nie mam raczej do czynienia z profesorem zwyczajnym, lecz wręcz przeciwnie.

     – Aha? – odparłem niezbyt rezolutnie, ale byłem już ciut zaspany.

     – Przepisze mi pan pismo do sądu na komputerze?

Gość był ewidentnie niepocieszony, gdy mu wyjaśniłem, że nie odbieram chleba sekretarkom.

Wszystko opada...

II. Psaní textů ve 40 jazycích

Kuriozalne oczekiwania zdarzają się także w mailach, które otrzymuję. Niektóre takie perełki zachowuję sobie i otwieram od czasu do czasu dla poprawienia sobie humoru. Jest wśród nich takie oto zapytanie, które przytoczę z zachowaniem pisowni oryginału:

Dzień dobry.
Czy jest możliwość zamowienia tekstów w języku czeskim i węgierskim (teksty typowo marketingowe, po 12 na czechy i węgry)? 

Odpowiedziałem uprzejmie, że nie i dodałem na wszelki wypadek, że nie piszę też w suahili ani po pasztuńsku.

III. Oszukana oszustka

Do moich „ulubionych” klientów należą studenci, którzy nie mają czasu na takie głupoty jak pisanie pracy dyplomowej, więc liczą na to, że ich ktoś wyręczy. Honorowe miejsce w mojej skarbnicy, mającej postać folderu „Perełki”, zajmuje więc taki oto mail (znów z zachowaniem pisowni oryginału):

Witam!
Jestem w trakcie pisania pracy magisterskiej. Posiadam już dwa rozdziały (pierwszy do poprawki, drugi do przejrzenia i ewentualnej korekty). Bardzo proszę o informację czy jesteście Państwo w stanie poprawić to co mam plus dopisać według planu kolejne dwa rozdziały? Ich objętość myślę łączna powinna być około 40 stron. Termin 14 wrzesień- niestety krótki bo jedna pani mnie oszukała i okradła…. Proszę o informację oraz wycenę.
Pozdrawiam, Milena

IV. Sztuka parafrazy

Nie tylko studenci lubią się czasami odwołać do niedozwolonych środków. Pewien stomatolog z północy Polski wprawił mnie w niemałe zdumienie takim oto zapytaniem:

Dzień Dobry

Zwracam się do Państwa z pytaniem o wycenę zredagowania poniższych  tekstów na stronę www. Naszym głównym zamierzeniem jest zunifikowanie wszystkich podanych treści.

Plik nr 1 „implanty” – tekst zaczerpnięty z innego źródła. Naszym celem jest zmiana formy treści bez zmiany zawartości merytorycznej.  

Plik nr 2  „ortodoncja”- tekst pochodzący częściowo z naszej starej witryny. Zależy nam uporządkowaniu całego tekstu oraz wzbogaceniu fragmentu o aparatach INVISALIGN

Plik nr 3 „protetyka” – tekst zaczerpnięty z innego źródła. Naszym celem jest zmiana formy treści bez zmiany zawartości merytorycznej.

Plik nr 4 „Stomatologia ogólna” –  tekst zaczerpnięty z innego źródła. Naszym celem jest zmiana formy treści bez zmiany zawartości merytorycznej.

Dodatkowo załączam pliki : „strona główna”, „chirurgia”, „gwarancja” .

Odpisałem mu, że ma szczęście, bo jestem zajęty i nie mam czasu przesłać jego zapytania właścicielom stron, z których te teksty pochodziły…

V. Proszę państwa, szukam pracy

Choć nigdzie na firmowej stronie nie wspominam ani nawet nie sugeruję, że chcę kogokolwiek w Texter.pl zatrudnić, od czasu do czasu otrzymuję zgłoszenia od kandydatek. Pół biedy, gdy są to poprawnie napisane maile od absolwentek filologii polskiej z właściwą specjalizacją i jakimś doświadczeniem. Tym po prostu nie odpowiadam. Raz musiałem, bo delikwentka była uparta i przysłała swoje CV aż siedem razy.

Zdarzają się jednak propozycje od osób, którym się wydaje, że wystarczy ukończyć cokolwiek i kupić sobie słownik ortograficzny, a już droga do zawodu redaktora i korektora stoi otworem. Należy do nich niedawno nadesłana mi oferta od „dobrze zorganizowanej i solidnej Pani pedagog”, mającej „kilkuletnie doświadczenie w zakresie pisania tekstów naukowych z różnego zakresu tematycznego”. Po lekturze jej maila wstąpił we mnie diabeł.

Rzadko bywam niegrzeczny, ale tym razem byłem. Miałem powody. Nie dość, że nikogo do pracy nie szukam, nie dość, że kandydatka nie umie pisać poprawnie, nie dość, że w polu „Do:” ujrzałem pięć innych adresów, to jeszcze zwróciła się do mnie per „Państwo”, co świadczy o tym, że nawet nie zadała sobie trudu sprawdzenia, do kogo pisze.

Odpowiedziałem jej więc ubolewaniem, że nie nadaje się, ponieważ nie umie pisać ani czytać. Dodałem jeszcze kilka starannie dobranych uprzejmości.

Pani pedagog nie omieszkała odpowiedzieć. W jej mailu, pełnym słusznego oburzenia na moje maniery, znalazłem m.in. ripostę, która chyba każdego ścięłaby z nóg:

Szanowny Panie,
gdybym nie potrafiła czytać ani pisać to nie wysłałabym do Pana wiadomości…

VI. Vamos a la playa, czyli zawód roku

Raz zdarzyło się, że w moim gabinecie zapachniało ciężkim szmalem. Napisała do mnie bowiem  kancelaria prawna, taka z gatunku Goldmann & Rapaport, New  York – London – Paris – Warsaw, proponując stałą współpracę. Zanuciłem sobie „Vamos a la playa”, a przed oczami miałem już siebie leżącego w hamaku pod palmami i wachlowanego przez półnagie dziewczęta. Kancelaria miała swoje wymagania: oprócz redagowania rozmaitych materiałów [„opinie prawne, memoranda, pisma do instytucji (urzędów, sądów), prospekty emisyjne itd.”] miałbym też pełnić coś w rodzaju nieustannego dyżuru i natentychmiast poprawiać krótkie maile szanownych prawników. Jak przystało na renomowaną kancelarię, zaproponowano mi stały ekwiwalent za tę dyspozycyjność, która w praktyce oznaczałaby, że nie robię niczego innego dla nikogo innego, bo nie mam czasu, a nawet, jeśli mi jakiś zostanie, to nie jestem w stanie określić terminu wykonania, bo prawnicy mają pierwszeństwo.

Sporządziłem więc ofertę, podając oczekiwane warunki. Powiem Ci, że niewygórowane jak na międzynarodową kancelarię pracującą dla wielkich korporacyjnych klientów.

Odpowiedzią był telefon od pana odpowiedzialnego w owej kancelarii za finanse. Mina zrzedła mi szybko, gdy ów pan zaczął się posługiwać zwrotami typu „nie styka” albo „tak koło tysiaka”, dalibóg przypominającymi raczej warszawską Pragę niż Nowy Świat i Marszałkowską. Ale najlepsze miało dopiero nastąpić:

Kancelaria zaproponowała mi za moją dyspozycyjność… 500 złotych miesięcznie.

*

Gdyby to wszystko złożyć do kupy, wyszłoby na to, że zajmuję się komputeropisaniem, znam biegle czeski i węgierski, pisuję prace magisterskie z dowolnej dziedziny, usilnie poszukuję do pomocy absolwentów resocjalizacji albo etnografii (pewnie na etat – jakżeby inaczej) , a moja miesięczna dyspozycyjność jest warta „pińset”.

Ale mimo wszystko nie narzekam.

Marek Trenkler

Matuzalem blogosfery. Redaktor, korektor, autor tekstów
Podobają Ci się moje teksty? Być może mogę napisać coś i dla Ciebie.

Mogę też, jako doświadczony redaktor i korektor, uczynić Twoje teksty lepszymi. Masz pytania? Propozycje? Zlecenie? Napisz do mnie: texterpl@gmail.com

Tu nie dyskutujemy.

Drogi Czytelniku! Ponieważ wierzę, że jesteś istotą rozumną, doskonale wiesz, że ta strona używa cookies. Ba, wiesz nawet, co to jest. Aby jednak formalności stało się zadość, niniejszym informuję Cię: tak, ja też faszeruję nimi Twojego kompa, na co masz prawo się zgodzić lub nie.