Zabiłem własne dziecko. I dobrze mi z tym

Gdyby wciąż żyła, w sierpniu skończyłaby 19 lat. Ale nie żyje, bo ją zabiłem. Nie przypadkiem, lecz z premedytacją, po starannym rozważeniu wszystkich „za” i „przeciw”. Ba, nawet po konsultacjach z żoną. Zabiłem prawą ręką. W wyznaczonym dniu, o z góry znanej mi godzinie.

To było pierwszego czerwca, zaraz po śniadaniu i obowiązkowym papierosie. Usiadłem, odnalazłem ją, wypełniłem, co trzeba. Potem użyłem profilu zaufanego w moim banku, a na koniec wystarczyło już tylko to jedno, decydujące kliknięcie. Akt zgonu nadszedł mailem po kilku minutach.

Zabiłem moją firmę.

Wiem, to dziwne. Freelancer zazwyczaj najpierw pracuje przez jakiś czas „prywatnie”, potem zakłada firmę. A ja odwrotnie.

Ja często postępuję wbrew trendom i utartym regułom.

Biznes to nie moja działka

Ona też zachowywała się wbrew trendom i utartym regułom, choć to moja wina. Teoretycznie, gdybym konsekwentnie ją rozwijał, mogłaby dziś być nawet spółką giełdową, a ja opływałbym w luksusy. Ale to nie ja, nie mam natury ani żyłki przedsiębiorcy. Urodziłem się i wychowałem w PRL. Mam zakodowane, że osiem godzin pracy dziennie wystarczy, że powinno zapewnić spokojne, godne życie, a niczego więcej nie pragnąłem.

Nie spłodziłem jej przecież dlatego, że chciałem podbić świat, że chciałem być „przedsiębiorcą”. Po prostu bolał mnie tyłek od kopniaków kapitalistycznych i politycznych, które sprawiły, że latem 1998 roku znalazłem się bez pracy. Chciałem pokazać „im wszystkim” fucka, chciałem mieć pewność, że teraz ani żaden debil w białych skarpetkach, ani żaden nawiedzony solidaruch nie wywali mnie już nigdy więcej z roboty. I to się udało. Szło mi najpierw beznadziejnie, koszmarnie, co przyczyniło się  do rozpadu mojego ówczesnego małżeństwa. Potem zaczęło być lepiej, a po 10 latach było całkiem dobrze. Nie miałem jednak odwagi wziąć kredytu i inwestować. Stałem w miejscu, a więc cofałem się, aż w końcu zaczęła się równia pochyła. Nawet nie zauważyłem, że poziom kosztów, dostosowany do wysokich obrotów i dochodów, z czasem stał się zbyt wysoki.

Zdążyłem w międzyczasie zrozumieć, że to, że nie mogę być pracobiorcą, tkwi nie tylko w „nich”, ale przede wszystkim we mnie: jestem indywidualistą, pracuję sam, nie cierpię czyjegoś przywództwa. Może ktoś powiedzieć, że panem mikroprzedsiębiorcy jest jego klient, ale to nieprawda. Klient jest stroną. Ma wiele do powiedzenia, ale nie wszystko.

Zabiłem ją, bo mi ciążyła

Dopiero teraz zrozumiałem, że ciążyła mi psychicznie. Gdzieś z tyłu mojej zużytej już trochę mózgownicy pasożytowało przekonanie, że skoro „mam firmę”, to klienci powinni do niej przychodzić. Dopiero gdy się jej pozbyłem, zacząłem aktywnie o klientów walczyć. Zupełnie jakbym zrzucił z siebie jakiś ciężar. Poza tym ona była tylko częściowo związana z pracą nad tekstem – miała też „drugą nogę”, zupełnie inną. I ta właśnie noga kulała coraz bardziej.

A tę tekstową, redakcyjno-korektorską ćwiczyłem zbyt wolno i niewłaściwymi metodami. Pakowałem na przykład niemałe pieniądze w Google Adwords ku uciesze konkurencji, która wyklikiwała mnie z pierwszej strony.

Owoc żywota mojego jadł ZUS. To jakieś nieludzkie, barbarzyńskie przepisy. Jak można komuś kazać płacić te same pieniądze bez względu na to, czy ma za sobą miesiąc na dużym plusie czy beznadziejny?

Miałem tego wszystkiego dosyć. I stało się.

Trupi odór

To nie jest takie proste. Owszem, wystarczy zmienić wpis w CEIDG, zataszczyć do urzędu skarbowego formularz VAT-Z i teoretycznie jest po sprawie.

Ale nie jest.

Jeszcze raz zapłacę ten koszmarny ZUS.

Jeszcze raz, też ostatni raz, zawiozę papierzyska do księgowego.

Jeszcze raz zapłacę VAT.

Jeszcze przez niemal rok będę zamykał różne sprawy.

Czy bank wdepcze mnie w ziemię?

Kredyty… Gdybym na moją zbrodnię zdecydował się wcześniej, dziś byłoby mi łatwiej. Teraz pewien bank ma dwie możliwości: albo pozwoli mi (teoretycznie bezrobotnemu) spokojnie spłacać długi, albo wdepcze mnie w ziemię i zakręci podeszwą, tak jak niszczy się niedopałek papierosa. Od decyzji banku wiele zależy. Nie wiem, skąd czerpię nadzieję, że będzie rozsądna. Optymizm to nie moja specjalność. Ale jakimś cudem wierzę, że będzie dobrze i – na razie – śpię spokojnie.

Bo jest mi lżej, bo ta nowa wolność mnie uskrzydla. Uczestnictwo w obłędnych wyścigach szczurów, czyli bojach o klienta, do jakiegoś stopnia mnie nawet bawi. Poza tym wcale nie wykluczam zmiany ultraradykalnej. Ot, np. czemu nie miałbym wziąć sobie kiosku RUCH-u? Albo w ramach franszyzy jakiegoś małego sklepiku? Trochę mnie kusi perspektywa pracy o mniejszym stopniu skomplikowania niż ta, którą wciąż wykonuję. Słyszałem o ludziach, którzy wybrali taką drogę po latach korporacyjnego albo samodzielnego ruszania głową, nieustannego eksploatowania mózgownicy do granic wytrzymałości. Mają się dobrze, nie narzekają. Nawet b. pracownik banku, który dziś pracuje w sklepiku z butami.

No dobrze, może nie mówmy już o banku.

Pracuję dalej i wiem, dokąd chcę iść

Właściwie jestem niebieskim ptakiem, bumelantem. Bezrobotnym. Ale to nieprawda. Nie muszę mieć firmy, by pracować dalej. Są przecież umowy o dzieło, mam iluś stałych klientów, ba, znalazłem nawet serwis internetowy, za pośrednictwem którego mogę wystawiać faktury VAT. Owszem, pięć procent trzeba za to odpalić, ale cóż to jest pięć procent, skoro już od lipca nie będzie na mnie wisiał ani ZUS, ani księgowy, ani koszt wynajmu biura?

Ubezpieczony jestem dalej i to jest jedna z wielu przewag małżeństwa nad związkami nieformalnymi. Do ubezpieczenia społecznego zgłosił mnie pracodawca mojej żony. Jej składka z tego tytułu nie wzrasta. Gdyby żona była konkubiną, mógłbym o tym tylko marzyć.

Jeśli bank nie zmusi mnie do znalezienia jakiegoś formalnego zajęcia, które pozwoli mi pomachać mu przed nosem umową o pracę, to trochę pożyję tak jak teraz. Bo kiedyś, może już w przyszłym roku, chciałbym raz jeszcze założyć firmę, choć już inną i inaczej zorganizowaną. W niemałej mierze zależy to od tego, czy rząd dotrzyma obietnicy i wprowadzi jakieś „ludzkie” przepisy o składkach na ZUS dla mikroprzedsiębiorców. Ponoć ma się to okazać jeszcze teraz, w czerwcu.

A ja robię swoje. Zredagowałem książkę dla pewnego wydawnictwa. Zredagowałem kwartalnik wędkarski. I ileś „drobnicy”. Teraz pracuję nad czyjąś sztuką teatralną. I rozglądam się za następnymi „dziełami” lub zleceniami.

Jestem wolny.

Żyję.

Tylko blogować mi się nie chce ani social mediów podbijać.

Na to już chyba za stary jestem.

A może za mądry?

Marek Trenkler

Matuzalem blogosfery. Redaktor, korektor, autor tekstów
Podobają Ci się moje teksty? Być może mogę napisać coś i dla Ciebie.

Mogę też, jako doświadczony redaktor i korektor, uczynić Twoje teksty lepszymi. Masz pytania? Propozycje? Zlecenie? Napisz do mnie: texterpl@gmail.com
  • Podstawa to być w zgodzie ze sobą, inaczej człowiek tylko się męczy. 😉

  • Zabawne, ale podobnie myślałam o swojej firmie, kiedy ją zakładałam – tzn. w podobnej metaforyce (że się tak górnolotnie wyrażę). Myślałam o niej jako o czwartym dziecku, tyle że zamiast 500+ mam z niej 500- (na razie 500, jeszcze rok).

    Z bankami różnie bywa. Siedem lat temu moje umowy o dzieło były dla nich niczym, ale ponad rok temu jeden z banków już normalnie wziął je pod uwagę.

    Też mi się marzy mało absorbująca praca 🙂 Za 20-30 lat rzucam wszystko i zatrudniam się w bibliotece. O ile będą jeszcze wtedy istniały.

    • Ewa, jak miło Cię tu widzieć :)))
      No cóż, ja za 20-30 lat też rzucam wszystko, idę do pieca i do piachu 😀

      • Albo do pieca, albo do piachu – nie można mieć wszystkiego 😉

        • Te dwie rzeczy można. Uczestniczyłem w pogrzebie urnowym: urna została spuszczona do dołka i zasypana ślicznym piaseczkiem.

          • Zawsze kojarzyłam urny z takimi schowkami w „ścianach”. Ale proszę – człowiek się uczy całe życie 😉 Nomen omen.

  • Działam na tej samej zasadzie, w zeszłym roku zamknęłam firmę. Nie wykluczam, że jeśli zmienią się przepisy, to znów wznowię działalność, ale póki co jest to bez sensu jak dla mnie. Jedyny problem to ubezpieczenie, bo mój partner nie jest moim mężem ; )

    • To ostatnie można łatwo zmienić. Nie bójcie się małżeństwa, ja tkwię już w trzecim i jakoś żyję 😀

      • Dla mnie to by było drugie, więc teraz podchodzę do tematu ostrożnie i z dystansem ; )

        • A, jak tak, to rozumiem – po pierwszym też się parę lat zastanawiałem. Dopiero po drugim poszedłem w trzecie jak w dym.

          I wiesz co? Udało się 🙂

  • Niestety własna firma to nie jest coś łatwego i przyjemnego, jak się większości wydaje. Czasem więcej z niej kłopotu jak pożytku

  • Marku, przede wszystkim dobrze, lekko i ciekawie piszesz. Jeśli to jest Twój pomysł na siebie, to mocno trzymam kciuki. Ps. Ja już jedna firmę „zabiłam ” i też czekam aż odmieni się przedsiębiorcy los

  • Aleksandra Nobody

    Świetny wpis! Mam nadzieję, że dotrze to tych wszystkich, którzy bombardują mnie swoimi czarami pełnymi motywacji. Motywacji pustej, wywołującej tylko poczucie winy, że nie dosięgnęłam wysoko postawionej poprzeczki. Jaka to własna firma jest genialnym rozwiązaniem, jak to można się spełniać, itp. itd. Brawo!

Drogi Czytelniku! Ponieważ wierzę, że jesteś istotą rozumną, doskonale wiesz, że ta strona używa cookies. Ba, wiesz nawet, co to jest. Aby jednak formalności stało się zadość, niniejszym informuję Cię: tak, ja też faszeruję nimi Twojego kompa, na co masz prawo się zgodzić lub nie.