Stara chińska przypowieść: dialog znad rzeki Quang

Sentencje, maksymy, przypowieści… Kochamy je wszyscy. Uwielbiamy zagłębiać się w sens słów wypowiedzianych lub napisanych niegdyś przez wielkich i sławnych ludzi. Dlatego mam dziś dla Ciebie coś specjalnego. Będzie to stara chińska przypowieść, której na pewno nie znasz, a która towarzyszy mi od wielu, wielu lat. Nie lubię współczesnych “mądrości”, mam wręcz alergię na amerykańskie, za to stare chińskie sentencje i przypowieści chłonę jak prezes pochwały i hołdy.

Ale zanim opowiem Ci, co wydarzyło się w VII w. naszej ery nad rzeką Quang, mam do Ciebie prośbę. Chciałbym, żebyś czytał tę przepiękną historię w odpowiednim nastroju, a o taki nastrój zadbać może tylko odpowiednia muzyka. Włącz więc głośniki albo włóż słuchawki i kliknij w ten link. W nowym oknie otworzy Ci się nagranie przepięknego zestawu nastrojowych chińskich melodii, wraz z którymi przeniesiesz się do cudownie pachnącej krainy zieleni, gdzie natura zachwyca harmonią i bogactwem, nietknięta jeszcze brutalną ręką współczesnej cywilizacji.

Stara chińska przypowieść kryje w sobie niezmierzoną mądrość

Czy już słyszysz tę muzykę? Posłuchaj jeszcze chwilę, pozwól, by otulił Cię jej nastrój, a gdy uznasz, że jesteś już gotowy, by powędrować w przeszłość, do dalekiej Azji, zacznij czytać dalej. Oto przepiękna, stara chińska opowieść, którą mam dla Ciebie:

*

Chińska przypowieść znad rzeki Quang

Tego dnia Niebo gniewało się na Ziemię. Bo ta chińska przypowieść zrodziła się z gniewu na ludzi, którzy jęli się buntować przeciwko odwiecznemu porządkowi rzeczy. Wszak dano im wszystko i nakazano pozostawić takim, jakim jest. Ludzie mieli czerpać z ziemi, powietrza, wody i ognia, ale ich nie zmieniać. A jednak podnieśli bunt. Niesieni żądzą bogactwa, niezdrową ciekawością, próżnością i pychą podnieśli rękę na Naturę. Ośmielili się zmieniać to, co doskonałe. Chcieli pojąć to, co niejasne. Chcieli mieć to, co do nich nie należało.

Dlatego Niebo zesłało brudne, ciemne chmury i nakazało im wylać strumienie wody na gorące ludzkie głowy. To miała być ulewa, która schłodzi umysły, przywróci spokój, a i ostrzeże zbuntowanych przed dalszą zuchwałością. Lodowata woda lała się więc od rana na pola, lasy, wioski i drogi. Zasłona chmur była tak gęsta, że tylko śmiałek mógł mieć jeszcze nadzieję na powrót słońca.

Ale Zhian Lin nie obraził Nieba. Był tylko prostym, biednym wiejskim chłopcem. W pokorze pracował, wykonując wszystko, co nakazali mu rodzice. Zhian Lin obraził kogoś innego.

Zakochał się w pięknej Ming, dziewczynie o oczach tak jasnych i radosnych, że jedno jej spojrzenie na długo przepędzało z młodzieńca wszelki ból, zmęczenie i troski. Zhian nie potrzebował wiele czasu, by zrozumieć, że z nią właśnie chce iść przez życie. Lecz ojciec Ming miał wobec córki inne plany. Gdy chłopak, gnąc się w ukłonach, poprosił go o rękę Ming, bogaty chłop wpadł w szał.

— Jak śmiesz, żałosny nędzarzu, podnosić choćby wzrok na moją córkę?! Jak śmiałeś pomyśleć, że kiedykolwiek będzie ci dana?! Psie wszeteczny, robaku nędzny, wynoś się z mojego domu! Wynoś się ze wsi! A jeśli noga twoja raz jeszcze w niej postanie, chłostę otrzymasz, a potem zabitym będziesz!

Przeraził się Zhian Lin. Nie śmiał nawet spojrzeć ostatni raz na piękną Ming, która zakryła oczy dłońmi, z trudem powstrzymując płacz. Jak stał, tak ruszył przed siebie.

A teraz brnął przez mokry, ciemny las. Od trzech dni nie miał nic w ustach. Szedł przed siebie, mając nadzieję, że może jakieś dzikie zwierzę położy kres jego męce i cierpieniu. Czasem potykał się i upadał, coraz słabszy. Lecz gdy zaczęły go opuszczać ostatnie pokłady nadziei, czy to na zbawienne słońce, czy na posiłek, czy na dzikie zwierzę, nagle las zaczął się przerzedzać. Monotonnemu szumowi deszczu zaczęło też coś towarzyszyć. Zhian zatrzymał się i zaczął nasłuchiwać. Po chwili zrozumiał: tak, w pobliżu płynie rzeka!

Ruszył więc tam, gdzie las stawał się coraz rzadszy. Po kilku chwilach ujrzał wartki nurt Quang, lecz nie tylko: na piaszczystym brzegu siedział w pozycji lotosu jakiś człowiek. Zhian ostrożnie podszedł bliżej. Jego oczy widziały teraz wątłego, chudego starca, pogrążonego w medytacji. Zhian przyglądał się uważnie, bo twarz starego człowieka kogoś mu przypominała. Trochę trwało, zanim zrozumiał, kogo ma przed sobą.

Był to Mistrz Lao Tang, którego Zhian poznał, gdy był małym chłopcem. Bardzo bał się wtedy ciemności, przez co sprawiał kłopot rodzicom, gdy ci musieli pozostawiać go samego w chacie. Jego płacz i krzyki były nie do zniesienia, toteż gdy Lao Tang zatrzymał się kiedyś w ich wsi, by odpocząć przed dalszą drogą, rodzice Zhiana poprosili go o pomoc. Mistrz nie odmówił. Podążył za nimi do ubogiej chaty, wszedł i spojrzał na bawiącego się na podłodze chłopca.

— Co ja słyszę, mój mały — zagadnął. — Podobno boisz się, gdy jest ciemno?

Chłopiec skinął głową.

— A czymże jest ciemność? — zapytał wtedy mędrzec.

— Nie wiem, ale jest straszna i bardzo się jej boję — odparł chłopiec.

— A nie masz czego — powiedział Mistrz, gładząc się po długiej brodzie. — Ciemność nie istnieje.

— Jak to? — zdziwił się chłopiec.

— Nie ma ciemności. Jest tylko brak światła. Rozumiesz, chłopcze?

Mały Zhian pomyślał chwilę i pokiwał głową. Odtąd już nigdy nie bał się być sam, gdy wokół panowała ciemność.

Teraz Zhian patrzył na swego wybawcę z niepokojem. Mędrzec bardzo się postarzał. Siedział tuż nad rzeką, przemoczony i zmarznięty. Nawet jego siwa broda przeistoczyła się w mokry sopel. Wielkie krople deszczu wciąż, jedna po drugiej, padały na starca. Zhian długo zbierał w sobie odwagę. Wreszcie wystarczyło mu jej, by się odezwał.

— Mistrzu, o wielki Mistrzu, wybacz, że przeszkadzam ci w medytacji. To ja, Zhian Lin. Kiedyś odjąłeś ode mnie ciemność, pozbawiłeś mnie lęku. Wdzięczność przepełnia do dziś me serce, dlatego błagam, wysłuchaj mnie…

Mistrz ani drgnął. Oczy miał zamknięte, a jego twarz pozostawała bez wyrazu. Zhian zauważył, że brakowało na niej uduchowienia. Ta twarz nie wyrażała absolutnie niczego, choć może to spływające po niej krople maskowały nastrój starca. “Pewnie jest teraz daleko stąd, przemierza bezkres Wszechrzeczy, a ja mu przeszkadzam”, myślał Zhian, ale kontynuował.

— Mistrzu, przecież ledwie o kilkanaście kroków od ciebie stoi wielkie drzewo. Tu deszcz nie dociera. Schroniłem się pod nim i błagam cię, Mistrzu, wstań, uczyń mi ten honor i zasiądź tutaj, gdzie nie pada. Obiecuję, że nie powiem ani słowa.

Starzec nie reagował.

— Mistrzu! — Zhian nie ustawał w wysiłkach. — Twój duch jest wielki, ale ciało już wątłe i słabe. Nie wystawiaj go na taką próbę, lud potrzebuje twoich mądrości. Proszę, błagam uniżenie, wstań i podejdź tu do mnie, pod drzewo…

Wreszcie Mistrz otworzył oczy. Powoli, bardzo powoli obrócił głowę w stronę wieśniaka i przeszył go przenikliwym spojrzeniem. Trwało to kilka sekund, ale każda z nich ciągnęła się dla młodego wygnańca w nieskończoność. Obleciał go strach. Jak zareaguje mędrzec, któremu on, prosty wiejski chłopak, ośmielił się zakłócić spokój?

I wtedy to właśnie rozegrał się między nimi dialog, który na zawsze zapadł w pamięć młodego Zhian Lina. I w moją. I Ciebie też proszę, Czytelniku, aby posłużyła Ci ta chińska przypowieść, zachowaj go na zawsze w pamięci i doceń. A brzmiał on tak:

— Najpokorniej błagam cię, Mistrzu: wstań i podejdź tu do mnie. Jeśli zechcesz, wyjdę znów na deszcz, abyś ty miał schronienie i abym ci nie przeszkadzał. Ale zrób to dla mnie, wstań i uczyń tych kilka kroków, zaklinam cię, Mistrzu, wstań!

— Jak, kurwa, jak mi nogi ścierpły od tej jebanej medytacji?!

 

Marek Trenkler

Matuzalem blogosfery. Redaktor, korektor, autor tekstów
Podobają Ci się moje teksty? Być może mogę napisać coś i dla Ciebie.

Mogę też, jako doświadczony redaktor i korektor, uczynić Twoje teksty lepszymi. Masz pytania? Propozycje? Zlecenie? Napisz do mnie: texterpl@gmail.com
  • …Ale co z jasnooką Ming i ich nieszczęśliwą historią miłosną…????!!!oneone111!!!

Drogi Czytelniku! Ponieważ wierzę, że jesteś istotą rozumną, doskonale wiesz, że ta strona używa cookies. Ba, wiesz nawet, co to jest. Aby jednak formalności stało się zadość, niniejszym informuję Cię: tak, ja też faszeruję nimi Twojego kompa, na co masz prawo się zgodzić lub nie.