Dale Carnegie, czyli: jak działają teksty motywacyjne

Masz dwieście tysięcy długu, czworo dzieci na utrzymaniu i nieoperacyjnego raka? Sięgnij po książkę “Jak przestać się martwić i zacząć żyć”. Po jej przeczytaniu będziesz nadal skazanym na śmierć bankrutem, ale ze zdrowszym podejściem do rzeczywistości. Tak mogłaby brzmieć najkrótsza recenzja książki, którą przeczytało ponoć ponad 6 milionów ludzi. Wciąż można ją kupić w internetowych księgarniach, nierzadko po obniżonej cenie.

Dlaczego ja, zagorzały przeciwnik literatury motywacyjnej, sięgnąłem po tę pozycję? Bo jest dostępna w mojej bibliotece (przecież nie kupiłbym czegoś takiego) i należy do absolutnej klasyki gatunku. Chciałem się przekonać, jak to działa, jakimi sztuczkami zwykły ignorant może porywać tłumy. Okazało się to bardzo proste: wystarczy trafić na naiwnego lub nieuważnego czytelnika i serwować mu wyssane z palca przykłady cudownych ozdrowień, metamorfoz i olśnień, które pojawiły się tylko dlatego, że ktoś przestał się martwić lub… zaczął modlić.

Dale Carnegie – Jak przestać się martwić i zacząć żyć

Jak działa “motywacja”

W Internecie znaleźć można kilka recenzji tego dzieła. W jednej z nich znalazłem takie oto twierdzenie:

To, co jest najważniejsze w tej książce, to historie. Prawdziwe historie. Nie takie, które wzbudzają wątpliwości i krytycznie patrzy się na nie  z myślą: “akurat!”. Opowieści przytaczane przez autora zdarzyły się naprawdę. 

Mechanizm jest prosty: jeśli jakiś Dale Carnegie napisze, że jakiś Jim Grant miał stargane nerwy i objawy wrzodów żołądka, ale zastosował rachunek prawdopodobieństwa i wyliczył, że martwi się na zapas, po czym ozdrowiał – to zawsze znajdzie się jakiś ktoś, kto w to uwierzy i obwieści, że zdarzyło się to naprawdę. Podobnie jak setki innych bredni niemożliwych do zweryfikowania, a zawartych w książce. Jak dla mnie numerem jeden jest wzmianka o facecie skazanym na śmierć, który jechał na egzekucję, siedząc na umieszczonej na wozie jego własnej trumnie i nie martwił się ani nie bał, lecz radośnie podziwiał krajobraz.

Wierzysz? Módl się. Nie wierzysz? Uwierz!

Carnegie był człowiekiem wierzącym, nic więc dziwnego, że modlitwę uznawał za cudowne panaceum. Jej zbawiennemu ponoć działaniu poświęcił jeden z rozdziałów. Schemat przytaczanych tam “prawdziwych” historii jest zawsze ten sam: kogoś dopadło nieszczęście, więc modli się – i po niedługim czasie wszystko jest OK. Oto np. zbankrutowany przedsiębiorca, którego matka leży na łożu śmierci, a żona spodziewa się drugiego dziecka, postanawia ze sobą skończyć, ale zamiast tego oddaje się żarliwej modlitwie i:

Następnego ranka obudziłem się pełen wiary i zaufania. Nie miałem się już czego bać, ponieważ moimi problemami zajmował się Bóg, a nie ja.

Cwaniaczek… Wchodzi więc z podniesioną głową do miejscowego domu towarowego, prosi o pracę, dostaje ją i znów jest szczęśliwy.

Właśnie w tym rozdziale Carnegie wydaje mi się najbardziej przekonujący, choć w gruncie rzeczy zaprzecza samemu sobie: w reszcie książki poleca bowiem radzenie sobie własnymi siłami, a w jednej z końcowych opowieści chwali muzułmański fatalizm.

Niewierzącym pozostaje albo wyzbywać się zmartwień poprzez zastępowanie ich chłodną kalkulacją lub rachunkiem prawdopodobieństwa, albo rozwiązanie dla prawdziwych twardzieli:

Jeśli straciłeś wiarę, błagaj Wszechmogącego Boga, aby ci ją przywrócił.

Czyli: jeśli nie wierzysz, proś tego, w którego istnienie nie wierzysz, żebyś uwierzył. Genialne. No cóż – modlitwa jest formą medytacji, medytacja uspokaja, nikomu więc zaszkodzić nie powinna. Jest jednak – jak dla mnie – wątpliwe, czy komukolwiek pomoże w inny sposób niż dając ukojenie, a przykłady takich “cudów” znaleźć można w książce. Kto chce – niech w nie wierzy.

American dream

Najbardziej przemawia do mnie widoczny w wielu opowiadanych historiach obraz Ameryki z pierwszej połowy ubiegłego wieku. Bieda z nędzą, jakie wręcz trudno sobie wyobrazić. Katorżnicza praca prostych ludzi, wykonywana po kilkanaście godzin na dobę za marne grosze. I oczywiście pojawiający się od czasu do czasu American dream: nieliczne jednostki mimo braku wykształcenia zostają prezesami dużych firm i (lub) rekinami finansjery. Ideałem wydaje się przy tym nie tyle człowiek przedsiębiorczy, który nawet w takiej rzeczywistości umie sobie poradzić i do czegoś dojść, ale raczej ktoś maluczki, wierny dewizie ora et labora, dziękujący nieustannie Bogu za to, że żyje i nie ma jeszcze większych kłopotów. Ewentualnie ktoś, kto receptę na zmartwienia znajduje w takim wypełnieniu sobie czasu, by na myślenie nie zostawała mu ani jedna chwila.

A życie? Życie jest bardzo proste!

Z ciekawości zajrzałem też na parę “blogów motywacyjnych”. Wymowa tekstów, które tam znalazłem, jest bardzo podobna do tego, co głosi Dale Carnegie. Teraz dostaniesz ode mnie, Czytelniku, noworoczny prezent. Całkowicie za darmo, ba, nawet bez zapisywania się na jakiś durnowaty newsletter, podam Ci uniwersalną receptę motywacyjną, dzięki której wyjdziesz z każdej opresji, będziesz żył długo, zdrowo, dostatnio i szczęśliwie. Skopiuj to sobie do pliku tekstowego, wydrukuj, opraw i powieś w widocznym miejscu:

Masz problem? To go rozwiąż.

Jesteś chory? To się wylecz.

Nie masz? Kup.

Nie masz za co kupić? Zarób.

Nie masz pracy? Znajdź.

Nic nie umiesz? Naucz się.

Jesteś za tępy, żeby się nauczyć? Próbuj do skutku.

Pijesz? Przestań.

Palisz? Rzuć.

Nie chcesz? Zechciej.

Martwisz się? Pomyśl logicznie i przestań się martwić.

Powyższe punkty nie pomogły? Pomódl się.

Modlitwa nie pomogła? Módl się bardziej żarliwie.

Nie wierzysz? Uwierz.

Nie możesz uwierzyć? Módl się, aż uwierzysz.

A jak to wszystko nie pomaga?

Hmmm…

No to masz dokładnie przerąbane i nic na to nie poradzisz. Pogódź się z tym i od razu zrobi ci się lepiej.

Marek Trenkler

Matuzalem blogosfery. Redaktor, korektor, autor tekstów
Podobają Ci się moje teksty? Być może mogę napisać coś i dla Ciebie.

Mogę też, jako doświadczony redaktor i korektor, uczynić Twoje teksty lepszymi. Masz pytania? Propozycje? Zlecenie? Napisz do mnie: texterpl@gmail.com

Tu nie dyskutujemy.

Drogi Czytelniku! Ponieważ wierzę, że jesteś istotą rozumną, doskonale wiesz, że ta strona używa cookies. Ba, wiesz nawet, co to jest. Aby jednak formalności stało się zadość, niniejszym informuję Cię: tak, ja też faszeruję nimi Twojego kompa, na co masz prawo się zgodzić lub nie.