Irydotomia laserowa YAG, czyli: dziury w redaktorskich ślepiach

O tym, że posiadam oczy, przypominam sobie zazwyczaj, gdy czuję, że są zmęczone. Tym razem było inaczej. Zaczęło się od białej plamy, takiej jakby chmurki na niebie, która od czasu do czasu pojawiała mi się w prawym ślepiu. Potem doszły do tego napady bólu. Wyobrażałem sobie wtedy moje prawe ślepie jako nabrzmiałe do rozmiarów piłeczki pingpongowej i mające wyraźny zamiar eksplodować. Ponieważ z powodu przewlekłej choroby jestem pod nieustannym nadzorem lekarza tzw. pierwszego kontaktu, zakwiliłem o tym w gabinecie. I tak to się zaczęło.

A skończyło na wypaleniu mi w ślepiach laserem dwóch dziur, które nie tylko nie przeszkadzają w oglądaniu tego świata, ale przede wszystkim chronią przed niemiłą perspektywą oślepnięcia. Opowiem Ci teraz, jak to jest i postaram się, żebyś się przy tym nie nudził. A więc jest tak:

Na cito

Najpierw lekarz rodzinny wypisuje Ci skierowanie „na cito” do okulisty w NFZ. Gdy znajdziesz na to wreszcie czas, maszerujesz z nim do właściwej przychodni. No, chyba że siedzisz na pieniądzach – wtedy do prywatnej kliniki. Ale ja nie siedzę.

– Na cito, na cito… Wszyscy piszą „na cito”, a skąd ja mam wziąć miejsca? – burczy pielęgniarka w rejestracji. – A w ogóle, to jak na cito, to czemu pan dopiero teraz przychodzi?

Na szczęście jest łaskawa i już po paru tygodniach możesz się usadzić w kolejce do okulistki w ramach NFZ. Idzie nawet sprawnie.

– No tak, chyba ma pan wąski kąt – mówi pani okulistka w NFZ. Jest miła i kompetentna, pracuje w rękawiczkach, tyle tylko, że sprzęt, jakim dysponuje, pamięta późnego Gomułkę albo wczesnego Owsiaka. Stąd owo „chyba” i konieczność wykonania badań dodatkowych gdzie indziej. Dostajesz więc skierowanie i świstek z adresami, gdzie podobno można je wykonać w ramach NFZ.

Choruj, ale w styczniu

Faktycznie, teoretycznie można, ale terminy skończyły się w styczniu, więc najczęstszą frazą, jaką słyszysz w słuchawce, jest „ale proszę próbować, czasem się coś zwalnia”. Z tej samej słuchawki dobiega, że prywatnie możesz zrobić te badania w każdej chwili.

Jeśli wygospodarujesz jakieś siedem stów, to rzeczywiście już po paru dniach meldujesz się w Renomowanej Prywatnej Klinice. Tam używają gumowych rękawiczek, dają Ci krople, świecą  w ślepia różnokolorowymi światełkami i zapraszają po opisy za tydzień.

Rzeczywiście, po tygodniu odbierasz plik kartek z kolorowymi obrazkami:

irydotomia laserowa YAG

Musisz z nimi wrócić do miłej i kompetentnej okulistki NFZ, ale nie masz już do niej skierowania, więc pozostaje Ci tzw. krzywy ryj, czyli czatowanie pod drzwiami na pielęgniarkę, a potem pełne nadziei „czy pani doktor mnie przyjmie?”.

Na szczęście jest w dobrym humorze, a układ planet Ci sprzyja, więc przyjmie.

– Tak jak myślałam. No cóż, to trzeba będzie zrobić irydotomię laserową – mówi pani okulistka. Znów dostajesz skierowanie wraz ze świstkiem i adresami.

Sytuacja się powtarza: na oczy trzeba chorować na początku stycznia, potem się to deczko nie opłaca. Rad nierad dochodzisz do wniosku, że to też trzeba będzie zrobić prywatnie.

Irydotomia laserowa dla początkujących

Ponieważ masz przed sobą wypalanie Ci w oczach otworów laserem, które dość trudno sobie wyobrazić, czytasz o nim w internecie, ile się da. I dowiadujesz się, jak to jest. Czytasz więc, że w Twoich ślepiach znajduje się jakiś mocno podejrzany płyn, który ma sobie przepływać pomiędzy poszczególnymi kawałkami owych patrzałek. Czasem coś się pokićka i przepływ się zamyka, a wtedy ciśnienie owego płynu rośnie. To boli. Jeśli urośnie ponad miarę, może gwałtownie ucisnąć nerw wzrokowy, a wtedy możesz pozostałym okiem rozglądać się za białą laską i psem przewodnikiem.

Czytasz też o samym zabiegu i w siedmiu miejscach dowiadujesz się, że jest bezbolesny, natomiast w ósmym wbija Ci się w pamięć zdanie:

Niektóre impakty mogą być bolesne.

Wiesz jednak, że nie masz wyjścia, a skoro chodzi o Twoje własne ślepia, dzwonisz do Jeszcze Bardziej Renomowanej Prywatnej Kliniki i mówisz pani recepcjonistce, że chciałbyś za jedną bytnością przedziurawić oba ślepia.

– No, jeżeli to będą oba ślepia… eee… przepraszam, jeżeli to będą oba oczka, to sześćset złotych – mówi pani recepcjonistka i wyznacza Ci nieodległy termin.

Czas to pieniądz, ale nie twój

W nieodległym terminie, lekko podenerwowany, meldujesz się o 12.30 w recepcji. Płacisz. Zaraz ktoś ma się Tobą zająć. Siadasz i czekasz.

I czekasz.

I czekasz.

Po jakimś czasie jedna z biegających bez ładu i składu po całej Renomowanej Prywatnej Klinice pielęgniarek sadza Cię przed maszyną, która pluje Ci w oczy. W ten sposób powstaje świstek z wydrukiem ciśnienia w Twoich ślepiach.

Znów siedzisz i czekasz.

Słuchasz, jak panie recepcjonistki mówią do słuchawki „Oj niestety, na NFZ nie mamy już wolnych terminów”. Albo „to będzie dwieście czterdzieści złotych”. Albo „oczywiście, kartą też można”.

Czekasz dalej. Dostajesz jakieś krople. Na korytarzu, ma się rozumieć i gołymi łapami, bez rękawiczek.

Obserwujesz, jak znajomi okulistek wchodzą poza wszelką kolejnością.

I już po godzinie i czterdziestu pięciu minutach trafiasz pod opiekę Pani Okulistki.

Ta zabiera Cię do gabinetu, sadza do maszyny, świeci Ci w ślepia kolorowymi światełkami i przygląda się im z uwagą. Wreszcie zabiera Cię do sali „laserowania”.

Bo pan ma jakieś takie wąskie te oczy

Mały pokoik bez okien, a w nim trzy machiny. Z pozoru takie same, jak u optyka, który dobiera Ci okulary.

Siadasz na krzesełku i dostajesz kolejne krople. Trochę szczypie. Ale najlepsze dopiero przed Tobą.

To coś masz mieć w okuPani Okulistka bierze mianowicie coś, co wyglądem przypomina lupę zegarmistrza, tylko jest trochę mniejsze. Smaruje toto z jednej strony jakimś żelem. Następnie usiłuje Ci to włożyć do oka, między górną a dolną powiekę.

Jeżeli masz ślepia wielkie jak Śniardwy i Mamry albo odwrotnie, problem jest umiarkowany. Jeżeli masz wąskie, jak ja, to powstaje pewien dyskomfort (delikatnie mówiąc). Najlepiej zrozumieją go kobiety, które już rodziły. No dobrze, skala jest może nieco mniejsza, ale rozrywanie powiek łapą (bez rękawiczki) i ową soczewką boli piekielnie.

Brodę masz opartą o takie coś, czoło też. Po przeciwnej stronie, za maszyną, siedzi Pani Okulistka, usiłując jedną ręką utrzymać tę soczewkę w Twoim ślepiu, a drugą rozpoczyna proces obsługi przyrządów celowniczych.

Wygląda to, a zarazem trwa tak, jak gdyby chciała trafić z odległości 1,5 km muchę we wzgórek łonowy. Raz po raz wciska Ci tę soczewkę mocniej w oko. Oko wyraźnie daje Ci znać, że mu się to nie podoba.

Po paru minutach wytężonego celowania nadchodzi wiekopomna chwila.

– No, to teraz uwaga… – mówi Pani Okulistka. Naciska jakiś przycisk, rozlega się pisk. I wtedy przypominasz sobie zdanie:

Niektóre impakty mogą być bolesne.

Ponieważ rzecz dotyczy Twojego oka, robisz w portki.

Ma to tę niezaprzeczalnie dobrą stronę, że przez chwilę nie myślisz o tym, co się za chwilę stanie. Zastanawiasz się, jak w tej sytuacji dotrzesz do domu: czy TO będzie tylko czuć, czy także widać. I co powiesz żonie, cierpliwie czekającej na Twoje zwłoki w poczekalni nieopodal.

Pierwszy strzał

Pogrążony w tych naturalistycznych rozmyślaniach rejestrujesz tylko ciche „klak” i oto pierwszy impakt masz za sobą. Cieszysz się.

Ale krótko.

– Oj, krwawi. No nic, spróbujemy obok – mówi Pani Okulistka. Celowanie. Klak.

– Oj, niedobrze, tu się chyba skrzep zrobi.

Celowanie. Klak.

– Znowu krwawi.

Przez upiorną soczewkę widzisz coś w rodzaju oślepiającego, jaskrawoczerwonego deszczu padającego ukosem. Klak.

– Wie pan co, chyba spróbujemy z tym drugim okiem – mówi Pani Okulistka. Wychodzi na chwilę, bo żel się skończył. Wraca. Smaruje upiorną soczewkę. Znów się zastanawiasz, dlaczego zaprojektowano Cię ze szparkami zamiast wielkich ślepiów. Styk powiek trzeszczy niebezpiecznie, ale w końcu upiorna soczewka „siedzi”.

Celowanie. Wciskanie soczewki. Łapa wciąż bez rękawiczki. Przycisk, pisk, klak.

– No nie wiem, spróbuję w innym miejscu.

Klak. Klak. Klak. Klak.

– Ale krwawi… Ale chyba się udało. To jeszcze wróćmy do tego drugiego oka.

Sytuacja się powtarza. Oba ślepia pieką od chemii i wkręcania upiornej soczewki. W międzyczasie zorientowałeś się, że Pani Okulistce wali z ryja brzydko pachnie z ust. Marzysz o tym, by mieć to wreszcie za sobą.

Klak. Klak. Klak. Klak.

– No bardzo mi przykro, ale w tym oku się dzisiaj nie da tego zrobić, będzie pan musiał przyjść za tydzień, to powtórzymy. Ale jest nadzieja, że w tym pierwszym się udało.

Z nieopisaną ulgą, choć wściekły i rozczarowany opuszczasz ciemny pokój. Żona biegnie z ligninową chusteczką, żeby wytrzeć Ci spod oczu łzy wymieszane z krwią, żelem, kroplami, potem i cholera wie, czym jeszcze. Jesteś tak skołowany, że nawet nie wiesz, co Ci Pani Okulistka przepisuje i zaleca. Na szczęście wciągnąłeś do gabinetu żonę, która po pierwsze – widzi, po drugie – zachowuje przytomność umysłu. Dobrze, że podczas rejestracji uprzedzali, żeby przyjść z osobą towarzyszącą.

W domu dowiadujesz się od żony, że dostałeś krople i żel. Masz się nimi raczyć kilka razy dziennie przez tydzień, aż do powtórki.

Ze zdumieniem stwierdzasz, że w domu jest dziwnie ciemno, żarówki straciły połowę mocy, a Twój monitor świeci tak słabo, jakbyś usiłował go zasilać dwoma paluszkami. Nie zmienia to faktu, że światło słoneczne za oknem razi Cię jak wampira. Pozwalasz żonie zakropić sobie ślepia i idziesz spać. Albo przynajmniej poleżeć z opuszczonymi powiekami, bo do niczego innego się już tego dnia nie nadajesz.

Następnego jest już dużo lepiej, choć na widok swojej gęby w lustrze masz ochotę zadzwonić po kogoś z Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami.

Replay z niespodzianką

Po tygodniu meldujesz się ponownie, uzbrojony w pampersa i świadomość tego, co Cię czeka. Przynajmniej wiesz wszystko.

No nie, nie wszystko. Bo kiedy już po godzinie oczekiwania i przyjęciu trzech serii kropel witasz się z Panią Okulistką, ta prowadzi Cię do gabinetu, w którym przyjmuje jej koleżanka. Postanowiła bowiem skonsultować Twój przypadek i wtedy okazuje się…

…że, kurwa, całe poprzednie posiedzenie o kant dupy możesz rozbić, bo nie udało się ani w jednym, ani w drugim oku. Wszystko od nowa.

Nie muszę opisywać tego, co się powtarza. Krople, żel, soczewka, gołe łapy…

I wtedy przychodzi Ci do głowy pewien pomysł.

– Może niech Pani przydzwoni tym laserem raz a dobrze, żebyśmy mieli pewność, że się udało – sugerujesz nieśmiało.

– Tak pan mówi?

– Tak. Niech Pani tak strzeli, żeby mi z tyłu głowy wyleciało.

Niestety, wzięła to sobie do serca. Celowanie. Celowanie. Celowanie. Klak. AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAUUUUU!!!

Pampersy to jednak genialny wynalazek.

– Zabolało? Oj, no to może jednak dam trochę mniej energii…

Tym razem pani Okulistka celuje w miejsca zasugerowane jej wcześniej przez koleżankę. „Widzisz, tam jest taka eska, a obok nie ma naczyń, to jak się tam wstrzelisz, to powinno być dobrze”. Klak, klak, klak… Tym razem energia jest rzeczywiście niewielka, „impaktów” w ogóle nie czujesz, tym bardziej że soczewka rozrywa Ci najpierw jedną, a potem drugą powiekę.

Po jakichś dwudziestu minutach nie dowierzasz, gdy Pani Okulistka komunikuje Ci, że to już koniec i chyba się udało w obu ślepiach. Na wszelki wypadek znów ciągnie Cię do gabinetu koleżanki. Ta świeci Ci w niewidzące już, spłakane i szczypiące ślepia kolorowymi światełkami, po czym potwierdza, że causa finita.

Teraz kochasz i Panią Okulistkę, i jej koleżankę, Ukraińców, Żydów, prezesa, swój urząd skarbowy, ZUS, ba, nawet żonę kochasz, tak bardzo jesteś szczęśliwy. Ze stoickim spokojem przyjmujesz do wiadomości, że teraz będą inne krople i nie cztery, a pięć razy dziennie.

Grunt to szczęśliwe zakończenie

Kilka dni potem, wyluzowany, z uratowanymi ślepiami i kontem bankowym chudszym o jakieś półtora tysiąca zusammen do kupy idziesz na wizytę kontrolną do swojej miłej i kompetentnej okulistki supported by NFZ. Z uśmiechem siadasz do maszyny à la wczesny Owsiak. Znów kolorowe światełka. Jakieś krople i kolejne badanie. Nic Cię już nie rusza, bo po tym, co masz za sobą, czujesz się jak emerytowany komandos po Iraku, Afganistanie i miesięcznicy smoleńskiej.

– No, to wszystko jest w porządku. Niech pan bierze te krople na ciśnienie, dopóki się nie skończą. Aha, i dobrze by było, gdyby się pan już teraz zapisał na operację zaćmy. Bo wie pan, te terminy w NFZ bywają dość odległe…

***

Niniejszy tekst nie jest sponsorowany przez Narodowy Fundusz Zdrowia, choć tak na dobrą sprawę powinien.

Marek Trenkler

Matuzalem blogosfery. Redaktor, korektor, autor tekstów
Mogę uczynić Twoje teksty lepszymi. Masz pytania? Propozycje? Zlecenie? Napisz do mnie: biuro@texter.pl

Tu nie dyskutujemy.

Drogi Czytelniku! Ponieważ wierzę, że jesteś istotą rozumną, doskonale wiesz, że ta strona używa cookies. Ba, wiesz nawet, co to jest. Aby jednak formalności stało się zadość, niniejszym informuję Cię: tak, ja też faszeruję nimi Twojego kompa, na co masz prawo się zgodzić lub nie. Wiedz przy tym, że jeśli odwiedzasz w internecie strony z gejowskim porno lub suplementami diety albo – o zgrozo – blogi młodych matek, to ja o tym nie wiem i nic nie chcę wiedzieć, to wyłącznie Twoja prywatna sprawa.