Jak się działa w inkubatorze przedsiębiorczości

Obiecałem, że Ci opowiem, jak to jest w inkubatorze przedsiębiorczości. Zwlekałem z tym nieco, bo chciałem przećwiczyć na własnej skórze parę elementarnych procedur i ogarnąć tę nową dla mnie sytuację. Dla faceta, który ponad 18 lat prowadził działalność gospodarczą, jest to sytuacja rzeczywiście całkiem nowa. Od razu powiem: bardzo sobie ją chwalę i bardzo mi się ona opłaca. Ale po kolei.

Wyobrażenie miałem błędne

Mam skłonność do tworzenia sobie wyimaginowanych obrazów tego i owego, więc inkubator przedsiębiorczości też sobie jakoś wyobrażałem. Widziałem dużą salę, na której przy stoliczkach siedzą pryszczaci okularnicy, z reguły – studenci, a między nimi, z rękami splecionymi z tyłu, przechadza się jakiś nieco starszy od nich gość i raz po raz się komuś wtrąca do tego, co ów ktoś robi. Ta wizja okazała się kompletnie absurdalna. Przede wszystkim dlatego, że inkubator przedsiębiorczości z reguły jest dla wszystkich, bez względu na wiek. Jak wiesz, mam obecnie 54 lata – i co? Bynajmniej nie jestem najstarszy ani w całym moim inkubatorze, ani nawet w okręgu wrocławskim. Nikt do niczego mi się nie wtrąca, oni nawet za bardzo nie wiedzą, czym się zajmuję. Na dobrą sprawę mógłbym być płatnym mordercą, pod warunkiem, że faktury wystawiałbym za „Autorską koncepcję oczyszczania miasta”.

Jak to funkcjonuje

Jestem tzw. beneficjentem, a więc jednym z ponad dwóch tysięcy „startupowców”, choć w górę piąć się nie zamierzam. Jako taki mam prawo wystawiać faktury w imieniu inkubatora. Mam subkonto bankowe w ramach jego rachunku. Mój klient płaci więc inkubatorowi, tyle tylko, że na numer konta przypisany do mojej działalności (ona ma swoją nazwę). Nadzór nad tym subkontem sprawuje inkubator, co oznacza, że nie mogę sobie z niego ot, tak przelewać pieniędzy na konto prywatne. Inkubator pobiera też z tego mojego subkonta comiesięczną opłatę (250 zł), przelewa do US podatek VAT od wykonanych przeze mnie  usług i – jeśli wypłacam sobie pieniądze, co wymaga zawarcia umowy między mną a inkubatorem przedsiębiorczości – podatek PIT. Jest to więc nieco ograniczona suwerenność, ale ma tę zaletę, że ktoś za mnie pilnuje, żeby mi zawsze na VAT wystarczyło. Nie wypłacę sobie więcej, niż to wynika z bieżącego rozliczenia.

Jest więc tak: na fakturze widnieje inkubator jako wystawca, a ja jako „realizujący sprzedaż”, dzięki czemu klient wie, że ja to ja. Jest to zatem transakcja między klientem a inkubatorem. Kiedy chcę położyć łapę na moich de facto pieniądzach, generuję w CRM (o tym za chwilę) umowę o dzieło (gdybym chciał, to umowę-zlecenie, ale po co?) między mną a inkubatorem plus rachunek. Na tej podstawie inkubator przelewa mi pieniądze na konto prywatne.

Jak jest w inkubatorze przedsiębiorczości

To się opłaca

Opłaca się, bo tylko ode mnie zależy, jaką umowę zawrę z inkubatorem. Mogę to robić raz na tydzień, nie częściej. Do wyboru mam umowę-zlecenie oraz umowy o dzieło z kosztem uzyskania przychodu 20% albo 50%. Chyba nietrudno zgadnąć, którą wybieram. Dzięki temu płacę tylko 9 proc. podatku dochodowego. Prowadząc działalność gospodarczą, mogłem o tym tylko marzyć. No i nie płacę ZUS-u. Bajecznie jest, Czytelniku kochanieńki, w inkubatorze przedsiębiorczości!

Żeby była jasność: umowa między mną a inkubatorem wcale nie musi odpowiadać ani treścią, ani kwotą poszczególnym transakcjom z moimi klientami. Jeśli więc np. wystawię im 10 faktur na kwotę 60 zł netto każda, to z inkubatorem mogę zawrzeć jedną na 600 zł netto. Albo na 350 zł netto, bo 250 pozostawię na subkoncie, żeby mogli sobie pobrać swoją opłatę za obsługiwanie mojej marności. Albo wcale, bo akurat mam z Foreksu kasy jak ksiądz po niedzielnej mszy.

To jest bardzo proste

Mam do dyspozycji konto w systemie CRM. Loguję się i mogę:

  • wystawiać faktury moim klientom. Gdy wystawię, jest to na początku faktura pro forma. Mogę ją pobrać (PDF) i wysłać klientowi. Zarazem jednak faktura ta zostaje skierowana do akceptacji przez dyrektora właściwego miejscowo oddziału. Robi to na bieżąco, sprawdzając tylko, czy mój kontrahent to zarejestrowana firma, a nie jakiś słup czy krzak. Gdy zaakceptuje, pro forma staje się fakturą VAT.
  • wpisywać faktury zakupowe, czyli kosztowe. Tak! Działając w inkubatorze, mogę kupować towary i usługi. Co prawda, tzw. koszty nie mi nie dają (a po co mi koszty, skoro mam gwarantowane 50 procent?), ale VAT już mogę sobie odliczyć.
  • korzystać z miłego faktu, że ów system na każde żądanie generuje mi zestawienie VAT w postaci pliku Excela, a więc zawsze wiem, ile wiszę fiskusowi, a ile z tego, co na koncie, jest moje.
  • generować umowy z inkubatorem i rachunki do nich. Parę kliknięć i gotowe. Wszystko policzone, mogę się zalogować na moje subkonto w banku i przygotować do akceptacji przelew na moje prywatne konto. Następnego dnia pieniądze są u mnie.

Szczypta biurokracji

Troszkę tej biurokracji jest, bo być musi. Beneficjent powinien mieć skaner albo urządzenie wielofunkcyjne. Dlaczego? Bo gdy wygeneruje umowę z inkubatorem i rachunek do niej, musi je wydrukować, podpisać i zeskanować. Następnie wraz z zeskanowanym lub wyrdukowanym w formie PDF „dziełem” wysyła to mailem do oddziałowego bossa.  Mając te trzy dokumenty, boss akceptuje przelew. Do 5-go następnego miesiąca trzeba te papiery bossowi dostarczyć. Trzeba mu też doręczyć ew. faktury zakupowe, z którymi też jest co robić: każdą trzeba wprowadzić do CRM, a na odwrocie (papierowej) faktury nadrukować wypełnioną tabelkę, której szablon ma każdy beneficjent. Wpisuje się tam tylko parę słów: co, po co i jak zapłacono. Podpis, gotowe.

A co nie bangla?

Żeby nie było zbyt różowo: nie wszystko jest tak, jak to obiecują w reklamie. Mój inkubator chwali się, że założenie w nim firmy trwa 10 minut i jeszcze tego samego dnia delikwent może wystawić pierwszą fakturę. Guzik prawda. Owszem, samo wypełnianie i podpisanie umowy to nawet 5 minut, ale potem trzeba czekać. Ja czekałem 8 dni od daty planowanego rozpoczęcia działalności. Dlaczego? Bo subkonto zakłada pracownik banku, a jemu się specjalnie nie spieszy.

Inkubator obiecuje pomoc marketingową. Trzeba się o nią dopraszać, nie można ot, tak pchnąć maila do inkubatorowego mistrza marketingu. Podobnie jest z pomocą IT. Łatwiej jest uzyskać pomoc prawną (każdemu przysługuje za darmo 2,5 h pracy prawników miesięcznie), bo wniosek wysyła się z CRM.

Ostatnio musiałem się trochę z nimi naszarpać w sprawie wypłaty, bo bossa zastępowała jakaś dziewczyna, znająca się na swojej robocie jak Arab na wieprzowinie i namieszała co nieco.

Ponoć robią każdemu stronę-wizytówkę. Ja nie potrzebuję, ale z kronikarskiego obowiązku dodam, że nikt mi nic takiego nie proponował.

No i ta warszawka… Centrala mojego inkubatora mieści się w Warszawie i czasem się z lekka wkurzam, gdy dostaję mailem zaproszenia na jakieś szkolenia czy konsultacje tamże. „Na prowincji” nic się nie dzieje.

Podsumowując:

Bardzo sobie chwalę. Działam legalnie, nikt mi się do interesu nie wtrąca, obsługę księgową mam zapewnioną, a gdyby nawet popełniła jakiś błąd, to to będzie problem inkubatora, a nie mój. Nie płacę ZUS-u, płacę śmiesznie niski podatek dochodowy, odliczam sobie VAT od zakupionych towarów i usług – czego chcieć więcej? Oczywiście można mieć ambicje i powiedzieć, że to jest niby-firma, pseudo-firma etc. Ja już jestem za stary na ambicje. Chcę robić swoje i mieć święty spokój.

I mam. I o to chodzi.

Marek Trenkler

Matuzalem blogosfery. Redaktor, korektor, autor tekstów
Podobają Ci się moje teksty? Być może mogę napisać coś i dla Ciebie.

Mogę też, jako doświadczony redaktor i korektor, uczynić Twoje teksty lepszymi. Masz pytania? Propozycje? Zlecenie? Napisz do mnie: texterpl@gmail.com
  • Łukasz

    A jak długo można działać w inkubatorze? Jest jakiś okres maksymalny?

    • De facto nie ma. Ja mam umowę na dwa lata, która może być przedłużana o kolejne dwa i tak dalej. Ograniczeń nie ma. Oczywiście trudno byłoby działać w inkubatorze bez końca, jeśli się jest człowiekiem młodym, który musi uzbierać na ZUS-owską emeryturę, a więc nie może całe życie działać, nie płacąc haraczu. Ja swoją już wypracowałem, więc mogę tak działać do emerytury albo do śmierci 🙂

Drogi Czytelniku! Ponieważ wierzę, że jesteś istotą rozumną, doskonale wiesz, że ta strona używa cookies. Ba, wiesz nawet, co to jest. Aby jednak formalności stało się zadość, niniejszym informuję Cię: tak, ja też faszeruję nimi Twojego kompa, na co masz prawo się zgodzić lub nie.