Jak zawróciłem koło historii, czyli: starzec w inkubatorze

No i stuknęło. Rok i jeden dzień temu popełniłem pierwszy wpis w tym blogu. Teraz powinienem urządzić fetę, konkurs, przypomnieć najbardziej popularne posty, opublikować nagie zdjęcia fanek i tak dalej – ale nic z tego. Jedynym wyróżnikiem tego wpisu będzie to, że go nie wyjustuję. Potem napiszę dlaczego. Jak nietrudno się zorientować po fanpejdżu, który bije po oczach dumną liczbą ok. 120 fanów, internetów mój blog nie zawojował, ale też nie było to jego zadaniem. Miał (i ma) inne, które spełnił.

Pomógł mi mianowicie pozyskać ileś zleceń i w ten bezpośredni sposób, jak i na kilka pośrednich pomaga mi w pracy zawodowej. Jej właśnie ten tekst poświęcę. Rok temu nie przewidywałem jeszcze, co się stanie w ciągu kolejnych 365 dni. Tymczasem stało się sporo: with a little help from my friends w postaci ZUS-u i banku koncertowo rozłożyłem moją firmę na łopatki. Nastał dla mnie czas totalnej freelancerki, zwanej przez niektórych szarą strefą.

Próbowałem się w tym czasie jakoś zreorientować zawodowo, czyli znaleźć pracę na etacie lub stałą współpracę etat przypominającą. W końcu Eurostat podaje właśnie, że bezrobocie w Polsce wynosi zaledwie 4,5% (sic!), a brak łap zdolnych “robić robotę” ratują jedynie umiłowani Ukraińcy. Takie komunikaty dowodzą jedynie, że instytucje unijne nie ustępują w opowiadaniu pierdół naszym krajowym, a nawet je przewyższają. Aplikowałem w ileś miejsc – zawsze z tym samym skutkiem w postaci głuchego milczenia. Powód jest prosty: faceta po pięćdziesiątce nikt w Polsce do pracy nie przyjmie, no chyba że do stróżówki albo na dumne stanowisko listonosza. W ostateczności na groźnego fightera, czyli ochroniarza w Rossmannie. Jakoś mi jednak z tymi profesjami nie po drodze.

A kto upadł, ten niech wstanie

Powstał więc problem, bo coś robić trzeba, zwłaszcza że koty domagają się żarcia, a bank zwrotu kredytu. Z pewną taką nadzieją czytałem pełne miłosierdzia zapowiedzi wicepremiera Morawieckiego o mającym zaistnieć 1 stycznia 2018 r. “małym ZUS-ie” dla mikrofirm. Liczyłem na to, że jakoś się w szarej strefie dokolebię do końca “be-er” i z nastaniem nowego roku znów założę firmę. Z pewnym takim (wybaczcie) wkurwieniem przeczytałem potem, że jeśli nawet ten akt łaski dla mikrofirm nastąpi, to dopiero rok później. Żeby jeszcze bardziej rozsierdzić ludzi prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą, miłościwie nam panujący zapowiedzieli, że “mały ZUS” przedłużą do trzech lat tym, którzy już się nim cieszą. Mało mnie szlag nie trafił, bo firmowi nowicjusze z małym ZUS-em w majestacie prawa traktowani są przez państwo lepiej niż pozostali mikroprzedsiębiorcy i mogą mi tylko wesoło pomachać łapką.

Ale zemsta jest słodka…

Jak zostałem niemowlakiem

Tytułowe koło historii polega w mikrobiznesie na tym, że ludzie najpierw zakładają startupy w inkubatorach przedsiębiorczości, a potem na ich podstawie rejestrują działalność gospodarczą. U mnie, jak się okazało, będzie odwrotnie: po ponad osiemnastu latach prowadzenia własnej firmy jestem od 1 września “be-er”  beneficjentem Fundacji Rozwoju Przedsiębiorczości “Twój StartUp”. Teoretycznie, bo choć fundacja owa mami chętnych informacjami o tym, że rejestracja trwa 15 minut i jeszcze tego samego dnia można wystawić pierwszą fakturę, w rzeczywistości trwa to dni siedem lub więcej. Na razie czekam więc na dostęp do systemu, który pozwoli mi znów być “na legalu”.

Ale lada dzień będę.

I wtedy zacznę wesoło machać łapką tym na “małym ZUS-ie”, a obiema łapkami tym na dużym. Całość moich “firmowych” kosztów będzie bowiem wynosiła 250 zł miesięcznie, a w ramach tej opłaty będę miał z głowy księgowość.

I być może nie tylko, bo fundacja obiecuje jeszcze kilka profitów, choćby w postaci darmowej pomocy marketingowej i prawnej. Ile w tym prawdy – jeszcze nie wiem. Zobaczymy.

Korzyść z takiego startupowania jest też taka, że w odróżnieniu od prawdziwej działalności na własny rachunek, jako inkubatorowy startupowiec mogę też zarabiać w dowolny inny sposób. Mogę więc zawrzeć z osobą fizyczną umowę o dzieło i nie brać od niej VAT-u, a więc być bardziej konkurencyjny. Mogę skorzystać z useme, jeśli mi przyjdzie ochota. Albo kłaść kafelki. Na kupce, ma się rozumieć, bo na ścianie nie umiem.

Oczywiście ma to też swoje wady. Na razie wiem o tej, że zamiast firmowego konta bankowego będę miał subkonto nadzorowane przez fundację. Żeby wypłacić sobie z niego pieniądze, będę musiał wykonać jakąś papierową robotę. Czeka mnie też jakieś szkolenie online. Ale jeśli w zamian za to moje “firmowe” strony (a mam już trzy!) przestaną sugerować firmę-krzak i będę mógł służyć fakturą każdemu chętnemu, to czemu nie? A propos stron: miałem wyjaśnić

Dlaczego nie justuję

W sobotę po południu zadzwonił do mnie potencjalny klient. Taki z firmą. Nie omieszkałem go zapytać (bom ciekawski i wścibski), dlaczego pracuje w sobotę. – Bo od poniedziałku do piątku pracuję w korpo, a chciałbym się z niej wyrwać – wyjaśnił. Ale nie tylko to wyjaśnił. Powiedział mi też, że moją firmową stronę czytał na telefonie i na telefon ściągnął sobie z niej próbki moich tekstów w formacie pdf.

Szczęka mi nisko opadła. Oczywiście wiem o tym, że teraz ponoć aż 60 procent internautów odwiedza strony WWW przy pomocy smartfonów, ale prędzej zjem popielniczkę pełną petów, niż ściągnę pedeefa na telefon. Ta rozmowa uświadomiła mi jednak, że muszę nieco poważniej potraktować smartfoniarzy i dlatego od dziś nie justuję tekstów. Żeby dziury na ekraniku nie powstawały.

 

Marek Trenkler

Matuzalem blogosfery. Redaktor, korektor, autor tekstów
Podobają Ci się moje teksty? Być może mogę napisać coś i dla Ciebie.

Mogę też, jako doświadczony redaktor i korektor, uczynić Twoje teksty lepszymi. Masz pytania? Propozycje? Zlecenie? Napisz do mnie: texterpl@gmail.com
  • Marku, sporo mnie nauczył twój post:)

    • Ciebie? Dyć Ty już swoje doświadczenie masz… No ale jeśli w czymś pomógł, to oczywiście bardzo się cieszę 🙂

      • Doświadczenie, tak. I znalazłam tu wspólnika w tym doświadczeniu;-)

  • 120 fanów w rok? Niezły wynik, zważywszy na to, że nie popularność była celem 😉 U mnie prawie 130 po 2 latach, ale trudno się dziwić, skoro też nie zabiegam. Sława sama przylezie, nieproszona 😉

    • Zajrzałem do Ciebie. Ciekawy blog, nie szkoda Ci go na blogspota?

      Zajrzałem też z ciekawości na tę giełdę, którą opisujesz i polecasz. Czasy jej świetności chyba minęły, bo zastałem pół miliona copywriterów walczących o jakieś dwadzieścia zleceń za etiopskie stawki. Nadal z niej korzystasz?

      • Pewnie, że szkoda, ale wymarzona domena zajęta przez dawno nieaktualizowany blog i liczę, że wygaśnie wkrótce 😉 Myślę już od roku o własnej domenie, bo i prestiż większy, i dla SEO lepiej. A GT – cóż, tam zawsze był problem z reklamą serwisu, a w efekcie więcej chętnych niż zleceń. Zarobki za zlecenie czasem bywały akceptowalne 😉 Nie mam czasu, żeby tam działać, zwłaszcza, że stawki wyjątkowo podłe ostatnio 😉

Drogi Czytelniku! Ponieważ wierzę, że jesteś istotą rozumną, doskonale wiesz, że ta strona używa cookies. Ba, wiesz nawet, co to jest. Aby jednak formalności stało się zadość, niniejszym informuję Cię: tak, ja też faszeruję nimi Twojego kompa, na co masz prawo się zgodzić lub nie.