Jedenaście tabletek i dwie krople

Kilkanaście dni temu rozpocząłem 56. rok życia. To dość dziwny wiek. Z jednej strony człowiek czuje się wciąż młodo, zwłaszcza że dopiero teraz wie, ilu rzeczy nie wie i najprawdopodobniej nigdy wiedział nie będzie. Z drugiej, przeważnie w konfrontacji z młodym pokoleniem, czuje się dziwnie staro i doskonale rozumie sens wyrażenia „dzisiejsza młodzież”. 

Tytuł dzisiejszego wpisu bierze się stąd, że jak przystało na staruszka, codziennie zażywam jedenaście tabletek oraz przyjmuję dwie krople. Tabletki (w tym jedną witaminę) biorę ze względu na schorzenia, które mnie nie zabiją, ale za to są nieuleczalne lub praktycznie nieuleczalne i powoli zabiłyby, gdybym leków nie brał. Krople z kolei przeznaczone są do oka. Niedawno temu organ ten, położony po prawej stronie nosa, jął mnie od czasu do czasu boleć, a przed nim co jakiś czas pojawiała się biała plama. Opowiedziałem o tym mojej lekarce podstawowego kontaktu, a ta wysłała mnie na „pilną konsultację” do NFZ-owskiej okulistki.

Oj, bo mi wypłynie…

Dzięki takiej adnotacji na skierowaniu dostałem się już po dwóch tygodniach od rejestracji i zebrałem nawet joby za to, że nie przyszedłem się zarejestrować od razu, a dopiero po trzech tygodniach od wystawienia skierowania. Pani recepcjonistka nie przyjęła do wiadomości, że czasem nie mam czasu. Mniejsza z tym. Pani okulistka zbadała moje ślepia czym tylko mogła i wystawiła mi skierowanie na cztery inne badania, które robi się od ręki, ale prywatnie albo wcale. Sześć stów poszło się opalać.

operacja zaćmy

Z badań wyszło, że misio musi sobie dać zrobić dziurkę w oczku, w przeciwnym razie oczko może wypłynąć temu misiu. A jeszcze lepiej: zapisać się na zabieg wyłupienia oczka i wstawienia jakiejś soczewki – albo już za sześć lat w Polsce, albo w dowolnym terminie w Czechach. Polska to taki kraj, że woli płacić czeskim klinikom zamiast polskim. Wygląda więc na to, że czeka mnie nieoczekiwana i raczej niezasłużona wycieczka zagraniczna, a może nawet dwie, bo misio ma dwa oczka.

Na razie czekam na ponowne przyjęcie przez panią okulistkę i werdykt: dziurka czy wyłupianie.

Może mi się śmignie

Ponieważ musiałem kilkakrotnie odwiedzić luksusową prywatną klinikę okulistyczną, zdołałem w trakcie jeżdżenia po mieście stwierdzić, że we Wrocławiu dużo budują. Najpierw przyszło mi na myśl, że mnie już dawno szlag trafi i w kupkę popiołu zmieni, a te budowle będą stały dalej. Wkrótce potem jednak doszedłem do wniosku, że to budowanie jest w sumie dość zabawne, albowiem jest tylko kwestią czasu, kiedy jakiś debil wyda rozkaz naciśnięcia guzika i z tych biurowców, galerii i banków nie zostanie nawet kamień na kamieniu.

Jakkolwiek świadomość przemijania nie należy do najbardziej sympatycznych, jest w niej coś optymistycznego. Z każdym dniem rosną bowiem moje szanse na przeżycie całości żywota w pokoju. Młodzi tego nie rozumieją i pewnie nie docenią, ale ja i owszem, bo moim rodzicom się ta sztuka nie udała, ich rodzicom też zresztą nie. A mnie się może śmignie. Zdaje się, że nawet na kamasze jestem już za stary, co też daje pewne powody do radości.

W życiu zawodowym pomalutku się rozwijam. Czasem zredaguję jakiś tekst, na co dzień natomiast napędzam konsumpcję i pomagam robić Google w balona. Na szczęście za coraz rozsądniejsze pieniądze. I mam – jako korektor – w pewnym sensie lepiej niż moje koleżanki i moi koledzy po fachu, pracujący dla wydawnictw.

Oni mianowicie znają pewne tajemnice: wiedzą, jakie książki wkrótce ukażą się na rynku. Tyle tylko, że po każdej premierze tajemnicę diabli biorą.

Ja mam lepiej, ponieważ wiem, jakie książki na pewno nigdy nie ukażą się na rynku i te tajemnice, jak na wrednego człowieka przystało, zabiorę ze sobą do grobu.

W krainie literatury pięknej

Nie uwierzyłbyś, Czytelniku, jacy ludzie biorą się do pisania książek. Pełni dobrych chęci i zapału, ale za to… jak by to powiedzieć… może: nieszczególnie predestynowani do pisania. Moja praca polega więc m.in. na pokonywaniu takich oto wykwitów myśli twórczej:

(…) wzdłuż stóp owiniętych w sportowe obuwie.

Andrzej przedstawiał swoje myśli, a raczej teorie, które były słabe teorie.

Idąc tym tropem, rozpoznał w kolejnych twarzach nieprzyjemną sprzedawczynię, ponurego kierowcę autobusu, a nawet wściekłego psa właściciela działki.

Odwrócił się, a trzęsące ręce mu odeszły.

Po krzyku trudno mógł to stwierdzić.

Piękne, prawda? Ci z wydawnictw mogą tylko pomarzyć o sztuce tak wysokich lotów, a ja obcuję z nią raz po raz. Obcowałbym nawet częściej, bo kolejni literaci niezależni pytają mnie o cenę redakcji średnio raz w tygodniu, ale jak przystało na artystów, groszem nie śmierdzą.

Polityka kulinarna

Ktoś mi chyba (choć pewnie pod moją nieobecność) życzył, żebym żył w ciekawych czasach. Sprawdziło mu (i mnie) się co do joty. Dożyłem mianowicie momentu historycznego, w którym prawdopodobnie nie mogę nawet napisać, że nie znoszę karpia po żydowsku, ponieważ zostanie to w Jerozolimie uznane za akt antysemityzmu i być może doprowadzi do poważnych reperkusji międzynarodowych. Nie ma przy tym znaczenia, że nie znoszę karpia w żadnej postaci. No, chyba że takiego kolorowego, żywego, w oczku wodnym. Gdybym to napisał, uraziłbym czyjąś wrażliwość.

Ja, współsprawca

Znam to, bo parę miesięcy temu uraziłem i zostałem publicznie (w internecie) okrzyknięty współsprawcą molestowania kobiet. Wiesz, Czytelniku, #metoo i takie tam.

Muszę Ci się przyznać w ramach przedzgonnego rozrachunku z życiem, że rzeczywiście molestowałem kobiety. Było to w piątej klasie szkoły podstawowej. Niepomny niezbywalnej godności moich koleżanek z klasy, łapałem je za to, co w mniej lub bardziej odległej przyszłości miało się stać biustami. Zdarzało się też, że w ramach końskich zalotów strzelałem im we włosy kulkami z plasteliny. Jedną trafiłem nawet w oko. Sorry, Ulka. Może odpokutuję to w Czechach.

Nigdy sobie tego nie wybaczę.

Pociesza mnie tylko jedno: cierpienie moich koleżanek, upodlonych przeze mnie i upokorzonych, którym z pewnością wyryłem trwałe skazy na psychice, było o tyle mniejsze, że nikt im wtedy nie powiedział, iż są molestowane.

Chociaż kto wie, może gdyby im to wtedy powiedziano, to spuściłyby mi po prostu zbiorowy wp***dol (podobnie jak moim kolegom, macającym i strzelającym z zapałem równym mojemu) i byłoby po sprawie?

Tego się już, niestety, nie dowiem.

Marek Trenkler

Matuzalem blogosfery. Redaktor, korektor, autor tekstów
Mogę uczynić Twoje teksty lepszymi. Masz pytania? Propozycje? Zlecenie? Napisz do mnie: biuro@texter.pl

Tu nie dyskutujemy.

Drogi Czytelniku! Ponieważ wierzę, że jesteś istotą rozumną, doskonale wiesz, że ta strona używa cookies. Ba, wiesz nawet, co to jest. Aby jednak formalności stało się zadość, niniejszym informuję Cię: tak, ja też faszeruję nimi Twojego kompa, na co masz prawo się zgodzić lub nie. Wiedz przy tym, że jeśli odwiedzasz w internecie strony z gejowskim porno lub suplementami diety albo – o zgrozo – blogi młodych matek, to ja o tym nie wiem i nic nie chcę wiedzieć, to wyłącznie Twoja prywatna sprawa.