Katarzyna Zyskowska-Ignaciak – Nie lubię kotów

Lubię książki o życiu, osadzone w polskich realiach. Taką właśnie napisała Katarzyna Zyskowska-Ignaciak. Lubię koty, a książka nazywa się “Nie lubię kotów” Musiałem więc to wypożyczyć i przeczytać. Wciągnęło mnie bardzo, mam na koncie lekturę kosztem snu. Co prawda, warszawscy trzydziestolatkowie to nie moje środowisko, ale z zainteresowaniem śledziłem opowieść o tym, jak bardzo zakłamane, a zarazem nieszczęśliwe może być ich życie. 

Opowieść ta składa się z sześciu historii, a losy bohaterów każdej z nich splatają się ze sobą. Jest tu więc bogaty playboy niestroniący od kokainy, jest weekendowy mąż pracujący na co dzień w międzynarodowej korporacji w Hamburgu, jest jego żona, wychowująca dziecko i tworząca bloga opartego na samych wymysłach. Jest też redaktorka w wydawnictwie – singielka, jest młody, ambitny prawnik oraz początkująca, choć bardzo utalentowana pisarka. Są wreszcie ich sprawy, a właściwie: dramaty, bo najwyraźniej Zyskowska-Ignaciak chce pokazać czytelnikowi, że pieniądze szczęścia nie dają.

Małżeństwo Wojtka chyli się ku upadkowi, bo w Hamburgu na co dzień jest do dyspozycji seksowna, atrakcyjna i bezpruderyjna Niemka. Matka jego żony tłumaczy jej, że skoro Wojtek zdradza, ale zdradę ukrywa, to znaczy, że ją kocha, więc nie należy go rzucać. Wie, co mówi – sama była wielokrotnie zdradzana. Pani redaktor bez zastanowienia idzie do łóżka z playboyem, synem wydawcy, a w jakiś czas potem nielegalnie usuwa ciążę. Playboy oczywiście ją rzuca.

Katarzyna Zyskowska-Ignaciak, Nie lubię kotów, Wydawnictwo “Nasza Księgarnia”, Warszawa 2014

Pan mecenas też zapładnia i też rzuca, ale swoją ofiarę wykorzystuje w jeszcze bardziej perfidny sposób: uwodzi ją, by uzyskać od niej informacje, które pomagają jego kancelarii uzyskać korzystną ugodę dla klienta. Dziewczyna zostaje w efekcie bez pracy, za to z embrionem. Pisze o tym książkę – świetną, znakomitą, ale wydawca odmawia jej wydania, bo “to się sprzeda najwyżej w tysiącu egzemplarzy”. Za ambitne. Wydawnictwo zamawia więc u dziewczyny romansidło i tak dochodzi do jej literackiego debiutu. A playboy? Żyje w przekonaniu, że kocha tę jedną, jedyną. Żonę jego przyjaciela Wojtka zresztą. On też oszukuje, ale głównie siebie samego.

Katarzyna Zyskowska-Ignaciak - Nie lubię kotów

To jest egzemplarz z biblioteki, ze śladami “użytkowania”…

Zyskowska-Ignaciak opisuje naturalistycznie, wciąga i wzrusza

Chociaż świat bohaterów tej książki to przeważnie luksus i przepych, nie brak w nim problemów i sytuacji występujących niezależnie od sytuacji materialnej. Niektóre opisy graniczą wręcz z naturalizmem (aborcja, umieranie na raka), a snobistyczne i pyszałkowate życie Wilanowa nie jest bynajmniej wolne od hipokryzji, jakiej nie powstydziłaby się żadna zapadła wioska w Polsce “B”. Jak dla mnie, najbardziej wzruszającym fragmentem jest ten, w którym ośmioletni synek Wojtka i Maliny prosi, wręcz błaga swoją mamę, żeby nie musiał iść do spowiedzi i zostawać komunistą.

Czas na jakiś cytat…

I cień obawy wykwita w jego ciemnych oczach, i nachodzi go strach, ponieważ nadal nie rozumie, dlaczego uczył się tych wszystkich dziwnych formułek, wyznań, litanii i modlitw, których sensu nie rozumie. Po co to wszystko i kim jest ten pan z brodą, ten Bóg, którego należy się bać? Osoba w trzech osobach, a może trzy osoby w jednej? Nie do ogarnięcia przez ośmioletni umysł. Piotruś nie pojmuje, z jakiego powodu powinien tę osobę (osoby?) kochać. “Bać się i kochać. Bardziej niż tatę i mamę” – tak mówił ksiądz na katechezie, starszy pan, trochę straszny i dziwny, w czarnej sukience, uwalanej kurzem u dołu”.

Znasz to z autopsji?

 Piotruś nie rozumie, ale jego mama rozumie niewiele więcej. Prosi synka, by ten się nie denerwował.

Nie denerwuj się? Jak może go o to prosić, widząc przerażenie na małej buzi, i kiedy sama tak bardzo się denerwuje? Jest zła na siebie, za konformizm. Dlaczego ulegała namowom matki i ojca? Bo tak wypada? Bo żyjemy w kulturze chrześcijańskiej, w katolickim społeczeństwie i Piotrusia nie można poza jego nawias wyrzucać, na ostracyzm narażać, Malinko, tak się nie godzi, nie wypada. I to wcale nieważne, że jego ojciec wierzy w jedynego boga – boga mamony. I to nieistotne, że sama Malina nie wie, czy w cokolwiek wierzy, czy w Boga wierzy. Czy jest ateistką, agnostyczką, czy może to jedynie z lenistwa w niedzielę nie biegnie do kościoła, przez co w statystykach zaszeregowana została jako wierząca niepraktykująca. To wszystko nieważne. Wnuczek musi sakramenty przyjąć, jeśli nie dla zbawienia duszy, to przynajmniej dla usatysfakcjonowania dziadków. Dla fety w wytwornej restauracji (zamówionej z rocznym wyprzedzeniem), dla rodziny i znajomych oraz dla prezentów. Żeby ludzie nie gadali, że wnuk mecenasa Dobrosza to ateista i bezbożnik. Ponieważ to źle mogłoby wpłynąć na rozległe interesy i opinię o panu mecenasie wśród klientów. A wiadomo, klienci na różne rzeczy zwracają uwagę.

Łyżka dziegciu w tej beczce miodu:

Katarzyna Zyskowska-Ignaciak korzystała z konsultacji medycznej, ale z prawnej (ani z pomocy doświadczonego redaktora) chyba nie: cieniem na całości kładzie się fragment, w którym syn-prawnik (ale nie notariusz) wysłuchuje (sam!) w szpitalu ostatniej woli ojca umierającego na nowotwór, po czym spisuje testament i zanosi ojcu do podpisu. Polskie ustawodawstwo ma tymczasem w sprawie testamentów nieco inne wymagania niż amerykańskie, znane nam choćby z filmów.

Druga rzecz, która mi się nie spodobała, to niechybna konsekwencja tego, że autorką książki jest kobieta. W “Nie lubię kotów” związki się rozpadają lub nawet nie dochodzą do skutku, a winnymi zdrad i innych krzywd są zawsze mężczyźni. To schemat dość częsty w literaturze i niemal obowiązujący w literaturze tworzonej przez kobiety. Schemat nieprawdziwy i szowinistyczny. W sumie od dawna szukam w mojej bibliotece książki przedstawiającej drugą stronę medalu. Na razie bezskutecznie.

Ale, wracając do “Nie lubię kotów”: książkę można wciąż kupić i zachęcam do tego, zwłaszcza, że nie jest droga. A jeśli ktoś, jak ja, woli oszczędzać – zawsze pozostaje biblioteka. Przeczytać warto. Zwłaszcza, gdy ma się trzydzieści lat i mieszka w Warszawie.

Marek Trenkler

Matuzalem blogosfery. Redaktor, korektor, autor tekstów
Podobają Ci się moje teksty? Być może mogę napisać coś i dla Ciebie.

Mogę też, jako doświadczony redaktor i korektor, uczynić Twoje teksty lepszymi. Masz pytania? Propozycje? Zlecenie? Napisz do mnie: texterpl@gmail.com
Moja ocena książki:

Summary: Prawie 400 stron dobrej prozy, opisującej ludzkie życie i dramaty, rozterki i nałogi. Niejeden leming czy yuppie odnajdzie tu samego siebie. Niejeden mieszkaniec Warszawy poczuje klimat swojego miasta, a niejeden "prowincjusz" ucieszy się, że nie mieszka w stolicy. Książka warta uważnej lektury.

4

Naprawdę niezła

Tu nie dyskutujemy.

Drogi Czytelniku! Ponieważ wierzę, że jesteś istotą rozumną, doskonale wiesz, że ta strona używa cookies. Ba, wiesz nawet, co to jest. Aby jednak formalności stało się zadość, niniejszym informuję Cię: tak, ja też faszeruję nimi Twojego kompa, na co masz prawo się zgodzić lub nie.