Na detoksie, czyli: czas odpocząć od toksycznych treści

Miałem taki ambitny zamiar (i nawet ogłosiłem go nierozważnie na Facebooku), żeby stworzyć artykuł o toksycznych tekstach w internecie, głównie – w blogach. I nawet go napisałem, ale po siedmiokrotnej lekturze doszedłem do wniosku, że go nie opublikuję. Uznałem, że nie zostałby zrozumiany, a ja zarobiłbym jeszcze jedną łatkę blogożercy. Byłby to problem, bo łatek mam już tyle, że nie ma gdzie przyczepiać nowych.

Obejdę się więc z tym tematem nieco łagodniej i zacznę od pewnej miłej konstatacji: jestem na detoksie, ściślej: na e-detoksie. Już jakiś czas temu przestałem tracić czas na Instagrama, potem na Twittera, a ostatnio na prywatnego i półprywatnego Facebooka. Na tym ostatnim nie uczestniczę już w dyskusjach żadnej grupy, a serwisu używam tylko do celów zawodowych, bo to po prostu konieczność.

Cisza jak ta

I bardzo mi z tym dobrze. Zyskałem masę czasu, którą przeznaczyłem na to, by więcej pracować, a tym samym więcej zarabiać, a ponadto na pewne udoskonalenia mojego warsztatu pracy. Ta sytuacja ma właściwie same plusy. Owszem, może czasem mnie trochę nęci, żeby podyskutować, bo bardzo to lubię, ale objawów odstawienia mam coraz mniej.

Włączyłem więc kolejny etap detoksykacji, bardzo ważny: przestaję czytać blogi. Z dwóch powodów. Pierwszy to ten, że blogi to rzecz interesująca dla ludzi młodych, zwłaszcza tych, którzy sami blogują. Dla mnie już nie, bo opinie dwudziesto- i trzydziestolatków nader rzadko pokrywają się z moimi.

To eufemizm, należałoby to napisać dosadniej, ale daruję sobie.

Drugi to ten, że jestem odporny na truciznę, na toksyczne treści, lecz kosztowało mnie sporo nerwów zżymanie się nie tylko na widok sporej porcji toksyn, ale – co gorsza – na tłumki chłonących szkodliwe treści niczym nastolatka pigułkę gwałtu w soczku pomarańczowym.

Unikaj toksycznych tekstów
Fot. Carbon Arc Poison halftone -[ HMM ]- via photopin (license)

Szczypta toksykologii

Czym są treści toksyczne? Są to teksty lub ich fragmenty, wywierające negatywny wpływ na psychikę. Z mojego punktu widzenia chodzi przede wszystkim o takie treści, które w niezauważalny dla czytelnika sposób zapadają mu w pamięć, powtarzane dziesiątki i setki razy w różnych zakątkach internetu, a które sprowadzają jego myślenie na niebezpieczne manowce. Podam kilka przykładów.

Blog aspirujący do miana filozoficznego. Bloger(ka? nieważne) opiewa „uważność”, „minimalizm” i „slow life”, a gdzieś-tam wspomina, że nie ma sensu przejmować się idiotami.  Zdawać by się mogło, że to święte słowa, ale zaraz, halo! Kimże są owi idioci według blogerki lub blogera (nieważne)? Przecież nie ludźmi upośledzonymi umysłowo. Chodzi o ludzi myślących i postępujących inaczej niż ów bloger czy owa blogerka (nieistotne). Co zapada w pamięć albo podświadomość czytelnika? Że każdy z nas ma prawo dyskredytować i obrażać ludzi myślących inaczej niż my. Godne to i sprawiedliwe?

Przykład drugi to dość często spotykana deklaracja typu: to jest mój blog, ja tu rządzę i nikomu nic do tego. Ani się waż reagować negatywnie na to, co piszę, bo to mój kawałek internetu, za który zresztą płacę. Nie podoba się? To wynocha stąd, nikt ci nie każe tego czytać. A jeśli wyrazisz tu lub gdzie indziej nieprzychylną opinię o moim tekście, to jesteś odrażającym hejterem, boli cię d…, zazdrościsz mi albo po prostu jesteś głupi i masz wszy na bobrze.

Znów można by powiedzieć: święta racja. Ale nie do końca.

Pisz, co chcesz, ale nie publikujWyobraźmy sobie blogującego nazistę. Gość pisze tekst pod tytułem „Pięć powodów, dla których Żydzi powinni trafiać do gazu”. Czy ma prawo przesłać taki tekst na swój serwer? Ależ oczywiście. Pod jednym wszakże warunkiem: że owe wiekopomne słowa pozostaną niedostępne dla osób postronnych. Na przykład poprzez nadanie blogowemu wpisowi atrybutu „Prywatne” jak na obrazku obok. Bo gdy ów tekst zostanie opublikowany, sytuacja prawna naszego nazisty zmienia się radykalnie: w grę wchodzi art. 256 kk, a więc publiczne nawoływanie do nienawiści etc.

Tak, internet jest przestrzenią publiczną. Jeżeli zamieszczamy w nim coś, co może zobaczyć lub przeczytać każdy, to niestety, ale ponosimy za to odpowiedzialność. Nie tylko cywilną i karną, ale także w postaci liczenia się z krytyką. Trucizna w stylu „to mój blog, tu mi wszystko wolno, hejterzy – wynocha” zatruwa umysły, albowiem zasiewa w nich przekonanie, że jeśli ktoś wykupi miejsce na serwerze albo zarejestruje się na platformie blogowej, to może tam wypisywać, co tylko chce i nikomu nic do tego, bo autor zwolniony jest z odpowiedzialności za swoje słowa.

À propos odpowiedzialności – przykład trzeci. Producenci szkieł okularowych urządzili ostatnio „kampanię” związaną z wadami wzroku ludzi po czterdziestce. Iluś blogerów zostało jej „ambasadorami”. W internecie mnożą się więc teksty wychwalające okulary progresywne, które ponoć zapewniają widzenie na każdą odległość. Bloger – wiadomo, za pieniądze albo za drogie okulary w barterze napisze wszystko, zatem w świat idą peany o szkłach wieloogniskowych. Nie ma natomiast informacji o wadach, jakimi te szkła są obciążone, a są to wady poważne, na czele z tą, że para porządnych szkieł plus oprawki to ponad dwa tysiące złotych. Ponadto taki zakup będzie korzystny tylko dla niektórych. Inni nie zdołają się do takich szkieł przyzwyczaić i wyrzucą pieniądze w błoto, pójdą wymienić szkła na tradycyjne.  Ludzie masowo wprowadzani są w błąd, ale kogo to obchodzi?

Trochę przez redaktorskie skrzywienie zawodowe, a trochę dzięki takiej, a nie innej osobowości jestem wyczulony na tekstową truciznę. Nauczyłem się też błyskawicznie identyfikować miejsca szczególnie w nią obfitujące.

I mam dosyć. Bo choć mnie już ani domorosły filozof, ani wolnoćtomkowiec, ani ambasador z bożej łaski nie zatruje, to nie mam ochoty dłużej się przyglądać, jak zatruwani są inni, ba, jak skłonni są nawet za toksyny dziękować.

I tylko młodych mi żal. Oni będą nadal wchłaniać to wszystko. Ale na to już nic nie poradzę.

Marek Trenkler

Matuzalem blogosfery. Redaktor, korektor, autor tekstów
Mogę uczynić Twoje teksty lepszymi. Masz pytania? Propozycje? Zlecenie? Napisz do mnie: texterpl@gmail.com

Tu nie dyskutujemy.

Drogi Czytelniku! Ponieważ wierzę, że jesteś istotą rozumną, doskonale wiesz, że ta strona używa cookies. Ba, wiesz nawet, co to jest. Aby jednak formalności stało się zadość, niniejszym informuję Cię: tak, ja też faszeruję nimi Twojego kompa, na co masz prawo się zgodzić lub nie. Wiedz przy tym, że jeśli odwiedzasz w internecie strony z gejowskim porno lub suplementami diety albo – o zgrozo – blogi młodych matek, to ja o tym nie wiem i nic nie chcę wiedzieć, to wyłącznie Twoja prywatna sprawa.