Najpopularniejsze zwierzę polskiej blogosfery

Co, że niby byk? Nie. Byk zajmuje dopiero drugie miejsce, choć oczywiście dla mnie odgrywa rolę priorytetową. Ale nie, nie chodzi o byka. Najpopularniejszym zwierzęciem polskiej blogosfery nie jest byk. Nie jest nim też kot. Ani pies. Nawet Piesia Jasona Hunta, choć bardzo by chciał. Nie mam danych co do mendy, wiem tylko, że jest bardzo rozpowszechniona. Suka? Przecież mówiłem, że pies nie. No dobrze, pies to nie suka, choć suka to też pies. Ale nie o nią chodzi. Baran? Też jest ich od groma, ale i one muszą ustąpić pierwszeństwa temu zmęczonemu stworzeniu:

jak

A jak (nomen omen) nie ma być zmęczone, skoro rozpoczyna większość spośród tysięcy publikowanych codziennie wpisów? Jak, czyli Bos grunniens, to nieszkodliwe, a bardzo pożyteczne bydlę. Oprócz ogrodów zoologicznych żyje w Azji – w Chinach, Indiach i Tybecie, z czego wnoszę, że chętnie medytuje, a zatem lubi mieć święty spokój. Niestety blogerzy (ze mną włącznie) spokoju mu raczej nie dają.

Człowiek człowiekowi ekspertem

Któryś bloger ubzdurał sobie kiedyś, że przeciętny internauta to półgłówek z rozdziawioną gębą i wielkim znakiem zapytania nad głową. Siedzi taki niemota przy komputerze i nic nie wie. Czasem chce się dowiedzieć, więc wpisuje w Google swoje pytanie “jak… ?” i tą drogą trafia do wyplutego przez wyszukiwarkę WordPressa czy (jak jeśli ma pecha) blogspota. A tam czeka na niego ekspert i jego WIEDZA.

Jeszcze parę lat temu pewną siłę przebicia mieli specjaliści od “zarabiania w Internecie”. Ich metoda polegała przede wszystkim na uczeniu innych, jak zarabiać w Internecie poprzez uczenie innych, jak zarabiać w Internecie dzięki uczeniu innych, jak zarabiać w Internecie poprzez… etc. U jednego z takich tuzów wyczytałem onegdaj, jak w jaki sposób tworzyć e-booki, które następnie można sprzedawać na prawo i lewo wspomnianym w poprzednim akapicie Januszom intelektu. Podstawowa teza brzmiała: nie musisz się na czymkolwiek znać, bo jest Wikipedia, są strony, są fora – poczytaj, skompiluj, zapisz w PDF i sprzedawaj, najlepiej w systemie automatycznej sprzedaży (e-book z instrukcją do kupienia u tuza). Poszukaj najpierw w Google, o co ludzie pytają i do roboty!

Kurs gry na gitarze? Czemu nie? Tresura psów? No pewnie. Zakładanie akwarium? Świetne, kombinuj dalej. Pisanie CV, szukanie pracy, podrywanie dziewczyn, walenie w mordę – o wszystkim da się napisać e-booka, który się potem będzie sam sprzedawał.

A tak to się zaczęło

Zarabiacze szybko się skompromitowali i odeszli w cień, ale PDF-ową pałeczkę przejęli blogerzy. Nawet dziś w mojej najlichszej skrzynce mailowej tkwi odcinek newslettera z “lekcją wstępną”. Czytam w niej:

(…) chcę przekonać Cię, że każdy może być ekspertem, również Ty. (…) Chcę byś zdał sobie sprawę, że to co potrafisz jest wyjątkowe. Chcę byś zdał sobie sprawę, że jesteś ekspertem. W końcu chcę, by cały świat zobaczył w Tobie eksperta. (…) By rozpocząć pracę z blogowaniem eksperckim, nie musisz wcale być uznanym autorytetem. Ważne, byś takim autorytetem chciał być”. 

I wszystko jasne. Ponieważ umiem przyszyć guzik i wymienić pękniętą gumkę w majtalach, mogę z powodzeniem stworzyć blog ekspercki i nauczać sztuki krawieckiej. Nie będąc prawiczkiem, mogę “wydać e-booka” o seksie. No a skoro jestem żonaty po raz trzeci, jest chyba oczywiste, że mogę, a nawet powinienem tworzyć wielotomowe e-booki o życiu i pożyciu. Sam się sobie dziwię, że jeszcze tego nie zrobiłem.

ekspert

Żarty na bok. Internauci potrzebowali niewiele czasu, by się przekonać, że większość e-booków tworzonych przez “ekspertów, którzy są ekspertami, bo chcą być” to bezwartościowy chłam. Próby ich sprzedaży na ogół kończą się fiaskiem, obecnie więc ceną takiego arcydzieła jest nasz adres e-mail, czyli zapis na newsletter. Jeśli już ktoś bardzo chce sprzedawać, to PDF-a AKA e-book nazywa “kursem”.

Eksperci z chęci szczerej

Niemalże w każdym “kursie” blogowania znaleźć można wzmiankę o tym, że tytuły wpisów powinny się zaczynać albo od “Jak…” albo od “Ileś-tam sposobów na…”. Blog ma szerzyć WIEDZĘ. Nawet wtedy, gdy wiedzę “eksperta” mógłby zakwestionować średnio rozgarnięty przedszkolak.

W tym miejscu warto wspomnieć o dość specyficznej grupie eksperckiej, a mianowicie o… kobietach. Te dość szybko doszły do wniosku, że z niekompetencją trzeba sobie poradzić sposobem. Zaczęły więc tworzyć blogi, zamknięte grupy facebookowe, “kursy”, e-booki, a nawet literaturę przeznaczoną tylko dla kobiet. Czemu tak? Powód jest prosty: gdyby do takiej “wiedzy” dopuścić mężczyzn, lekarz wykonujący sekcję zwłok niejednej “ekspertki” musiałby napisać w raporcie:

Bezpośrednią przyczyną zgonu były rozległe obrażenia wielonarządowe wywołane uderzeniem fali śmiechu.

Żeby była jasność: nie jestem aż takim szowinistą, by twierdzić, że kobieta nie może być ekspertem. Ależ może. Sęk w tym, że prawdziwemu ekspertowi jest wszystko jedno, jakiej płci są jego “uczniowie”.

Blogowi eksperci dzielą się na dwie grupy:

  I. Ci, którym się wydaje, że coś potrafią, “uczą” tego, o czym im się wydaje, że to potrafią.

II. Ci, którzy wiedzą, że nic nie potrafią, “uczą” m.in.:

  • blogowania,
  • życia,
  • jak wszystko ogarnąć,
  • jak się zorganizować,
  • jak żyć “slow”, “happy” etc.,
  • “rozwoju osobistego”,
  • rodzicingu.

Niedawno temu zapytałem moją żonę, która potrafi się umalować i ubrać, skąd wie, jak się ma malować i ubierać. A także, czy wiedzę na ten temat czerpie z blogów. “Nigdy w życiu!”, odpowiedziała. “Owszem, orientuję się w bieżących trendach, bo gdy zamierzam kupić coś nowego, odwiedzam kilka zaufanych, dobrze mi znanych sklepów. Ty chyba nie sądzisz, że ja miałabym czytać blogi?!”.

Zamiast pointy

I tak to działa. Bloger, który umie usmażyć jajecznicę, zakłada bloga kulinarnego, ale sam jest wiernym czytelnikiem kogoś, kto umie wywiercić w ścianie otwór i umieścić tam kołek rozporowy, a więc prowadzi blog DIY. Majster z wiertarką czyta z kolei bloga o blogowaniu, bo liczy na to, że zostanie drugim […]. Ten drugi, czyli znany bloger, czyta tylko sam siebie, a i to rzadko. Gdyby czytał systematycznie, złapałby się za głowę.

Panta rhei. Kiedyś to przeminie, blogi skompromitują się doszczętnie jako źródło wiedzy i skupią na czymś innym, np. na dostarczaniu rozrywki. Będzie to trudne, bo obecnie najlepszą rozrywką jest nie co innego, lecz właśnie zgłębianie “wiedzy” serwowanej przez “autorytety z chęci szczerej”. Naprawdę niełatwo będzie tworzyć coś jeszcze zabawniejszego.

A o kobiecych e-enklawach napiszę niebawem osobny tekst.

Marek Trenkler

Matuzalem blogosfery. Redaktor, korektor, autor tekstów
Podobają Ci się moje teksty? Być może mogę napisać coś i dla Ciebie.

Mogę też, jako doświadczony redaktor i korektor, uczynić Twoje teksty lepszymi. Masz pytania? Propozycje? Zlecenie? Napisz do mnie: texterpl@gmail.com

Drogi Czytelniku! Ponieważ wierzę, że jesteś istotą rozumną, doskonale wiesz, że ta strona używa cookies. Ba, wiesz nawet, co to jest. Aby jednak formalności stało się zadość, niniejszym informuję Cię: tak, ja też faszeruję nimi Twojego kompa, na co masz prawo się zgodzić lub nie.