Nie bądź taki ninja, strzelasz kulą w płot

Nie mam pojęcia, kiedy ten koszmarek się zaczął, ale prawdopodobnie wtedy, gdy Michał Szafrański wydał książkę Finansowy ninja. Ten clickbajtowy tytuł być może sprawdził się autorowi i wpłynął korzystnie na sprzedaż, nie zmienia to jednak faktu, że leksykalnie jest kompletnym nieporozumieniem. Ninja ma tyle wspólnego z prawidłowym zarządzaniem finansami, ile sumo z sumą.

A potem ruszyła lawina i teraz gdzie nie spojrzeć, tam ninja. Tu potrzebny SEO-ninja, tam copy-ninja, jeszcze gdzie indziej marketingowy ninja. Ludzie mający przed oczami zamaskowanego, ubranego na czarno wojownika w ogóle nie zastanawiają się, co oznacza słowo, które wykorzystują.

Ninja to nie mistrz i nie ekspert

Zajrzyjmy więc do Słownika języka polskiego:

ninja [wym. nindzia] «w starożytnej Japonii: wojownik – szpieg, znający sztukę walki i kamuflażu»

Czy zakamuflowany szpieg, znający sztuki walki, to trafny synonim kogoś, kto świetnie sobie radzi z finansami, pozycjonowaniem albo marketingiem? Nie bardzo, zwłaszcza, gdy przyjrzeć się bliżej japońskiemu wyrazowi. Nie trzeba w tym celu studiować języka Kraju Kwitnącej Wiśni – z pomocą przychodzi nam internetowa poradnia językowa:

Etymologicznie w formie ninja główny znak nin składa się z dwóch mniejszych: górnego ha ‘ostrze’ i dolnego kokoro ‘serce’, wspólnie zaś tworzą pojęcie o znaczeniu ‘tajemnica, skrytość, wytrzymałość’. Ninja to więc dosłownie ‘człowiek wyszkolony w sztuce bycia niewidocznym’.

Ninja jako “mistrz, ekspert” to zatem strzał kulą w płot

Jeśli dalej grzebać w Sieci, można znaleźć ileś japońskich określeń mistrza. Może to być dość powszechnie znany sensei, ale też shishou, maisutaa (mistrz rzemiosła), meijin, aruji, nushi

Niestety, niewiele trzeba, by jakieś słowo lub zwrot rozpleniło się na dobre. Wołam więc (choć wiem, że na puszczy), by wykreślić z własnego słownictwa tak naprawdę, tylko i wyłącznie, a teraz tego nieszczęsnego japońskiego zabijakę. Choć nie są to błędy, za które purysta językowy powinien strzelać, to jednak ich rozpowszechnianie jest klasyczną dezynwolturą i na moją tolerancję w żadnych okolicznościach liczyć nie może.

Mimo że jestem niespotykanie spokojnym człowiekiem.

Marek Trenkler

Matuzalem blogosfery. Redaktor, korektor, autor tekstów
Podobają Ci się moje teksty? Być może mogę napisać coś i dla Ciebie.

Mogę też, jako doświadczony redaktor i korektor, uczynić Twoje teksty lepszymi. Masz pytania? Propozycje? Zlecenie? Napisz do mnie: texterpl@gmail.com
  • Ania Hadryan

    Sądzę, że jednym z pierwszych był “social media ninja”. Osoba, która ma w małym palcu media społecznościowe.

  • Ja bym się nie czepiała. W ten sposób język się rozwija. Jeśli wziąć pod uwagę, że “ninja” to ktoś najlepszy w swoim fachu, nie jakiś tam zwyczajny wojownik, tylko mistrz nad mistrzami – to już te wszystkie porównania zyskują sens.

    Jak zaczniemy określać granice dla metafor, to daleko nie zajdziemy 🙂

    • Żadne znane mi źródła nie podają, że to ktoś najlepszy w swoim fachu.

      • A nie uważasz, że w popkulturze utarł się wizerunek wojownika ninja jako kogoś doskonałego, kogoś, kto w każdej sytuacji sobie poradzi? Ale oczywiście można się czepiać, tyle że wtedy wiele utartych zwrotów z języka trzeba by wyrzucić, bo są albo nieaktualne, albo nie do końca zgodne z rzeczywistością 😉

        • No i na tym polega zadanie ludzi walczących o czystość języka: dopóki można jeszcze usuwać z niego chwasty, należy to robić, zanim rozplenią się tak, że znalezienie między nimi czegoś zdrowego będzie już sztuką. Czyż nie?

          • No właśnie moim zdaniem – nie do końca 🙂 Nie ma czegoś takiego jak “czysty język”. Nasz język – i pewnie większość języków świata – jest pełen zapożyczeń i wtrętów z języków obcych, które przenikają do niego od lat. Ale przecież doskonale o tym wiesz.

            Grunt to znaleźć złoty środek – jeśli będziemy walczyć o źle pojętą czystość, to utkniemy w jakiś dziwnym impasie. I będziemy się kłócić, że “Witam” to może powiedzieć gospodarz w progu swojego domu, podczas gdy tysiące internautów i tak będą w ten sposób zaczynać maile. Z drugiej strony – jeśli odpuścimy całkiem, to zaleją nas ASAP-y, dealine’y i inne hejty.

            Ninja – w moim odczuciu – mieści się w ramach złotego środka. To pomysłowe wykorzystanie popkulturowego obrazu i rozciągnięcie go na inne dziedziny. Nie potępiałabym 😉

          • Zgadzam się w tym przypadku z Ewą – język się rozwija, zmieniają się znaczenia niektórych określeń. Używa się ich tak często, że stare (lub słownikowe) znaczenie zostaje zapomniane. Tak jest z NINJA – chodzi, moim zdaniem, o osobę niezwykle sprawną i dobrą w swojej dziedzinie. Ja w ten sposób rozumiem ten tytuł. I mnie nie boli, choć czystość języka jest mi bliska.

  • Margothe

    Słowo “ninja” w książce Michała Szafrańskiego nie zostało użyte przypadkowo, jego znaczenie w kontekście finansowym zostało wyjaśnione w jednym z pierwszych rozdziałów. NINJA to angielski skrótowiec: “No Income, No Job, No Assets”, czyli osobę nieposiadająca pracy, dochodów ani majątku. Autorowi z pewnością chodziło o przyciągnięcie uwagi potencjalnego czytelnika, jednak nie jest to zwyczajny clickbait spłycający znaczenie słowa “ninja”.

    • Dzięki za objaśnienie – ja tej książki nie czytałem. No ale skoro objaśnienie jest takie, jak je przytaczasz, to jeszcze mniej rozumiem ten tytuł. Ale nie o tę książkę mi chodzi, tylko o nadużywanie i błędne używanie słowa “ninja”.

      • Margothe

        Chodzi właśnie o możliwość podwójnej interpretacji tego słowa. Pierwszą myślą większości czytelników będzie pewnie właśnie to płytkie skojarzenie “ninja” = “guru, ekspert”, podczas gdy po rozpoczęciu lektury okazuje się, że ów “ninja” to tak naprawdę osoba z niemal zerowym kapitałem i brakiem umiejętności pomnażania go (czyli przedstawiciel grupy docelowej książki), a więc zaledwie padawan zarządzania osobistym budżetem 🙂

        Jasne, rozumiem, że w artykule chodzi o słowa na “n” w niewłaściwym znaczeniu; mój komentarz miał na celu jedynie lekkie rozjaśnienie, dlaczego akurat w tym tytule ma ono przynajmniej niewielki sens.
        Co do używania go w nazwach stanowisk, zauważam ogólny trend przejaskrawiania w branżach związanych z nowymi technologiami. W firmie, w której pracuje mój mąż, na potrzeby rekrutacji wszystkie stanowiska miały w nazwie “wizard”, “magician” itp. W umowach o pracę za to stanowiska były opisane już całkiem zwyczajnie (jak na branżę IT).

Drogi Czytelniku! Ponieważ wierzę, że jesteś istotą rozumną, doskonale wiesz, że ta strona używa cookies. Ba, wiesz nawet, co to jest. Aby jednak formalności stało się zadość, niniejszym informuję Cię: tak, ja też faszeruję nimi Twojego kompa, na co masz prawo się zgodzić lub nie.