Nie ciesz się na Wiosnę, niewiele się zmieni

Wbrew tytułowi nie będzie to tekst polityczny – staram się unikać politykowania w tym blogu. Troszkę polityki będzie tylko na wstępie, dalej już nie. A skąd ten tekst? Bo patrzę na entuzjazm, jaki ogarnął całe rzesze młodych ludzi tuż po tym, gdy Robert Biedroń ogłosił program swojego ugrupowania. Patrzę na wiarę w to, że Wiosna zwycięży i odtąd będzie wspaniale oraz normalnie. I żal mi tych, którzy w to wierzą, bo gorzko się zawiodą, zresztą trochę na własne życzenie. Dlaczego?

Najpierw chwila polityki. Żeby wprowadzić choćby 1/3 tego, co Biedroń obiecał, Wiosna musiałaby wygrać miażdżąco, zyskując większość absolutną w Sejmie i Senacie. To niemożliwe – już choćby dlatego, że jej program godzi w interesy wielu ważnych środowisk. Także dlatego, że jest w wielu miejscach dziecinnie naiwny. Weźmy chociażby obietnicę zapewnienia kobietom znieczulenia przy porodzie. Nawet gdyby jakimś cudem znalazły się na to pieniądze, to nie znajdzie się pod dostatkiem anestezjologów. Jest ich po prostu stanowczo za mało, a wykształcenie odpowiedniej liczby nowych to kwestia wielu, wielu lat. Służby zdrowia nie naprawi jeszcze przez dziesięciolecia żadna ekipa, nie mając do dyspozycji rzeszy lekarzy i pielęgniarek (dodajmy: chętnych do pracy w Polsce).

Gdyby nawet Biedroń wygrał te wybory i został premierem, musiałby mieć koalicjanta. Ktokolwiek to będzie, będzie konserwatywny obyczajowo. Nie ciesz się więc na renegocjowanie konkordatu, związki partnerskie ani prawo do aborcji: te numery po prostu nie przejdą. Gdyby nawet któryś z nich w drodze wyjątku przeszedł, na drodze stanie nie-wiosenny prezydent i syberyjsko-zimowy Trybunał Konstytucyjny. Będziemy jeszcze długo tkwili w prawnym średniowieczu, a wyjdziemy z niego dopiero wtedy, gdy jakaś prawdziwa lewica wygra wybory z hukiem, na co wybitnie się w najbliższych dekadach nie zanosi.

Wiosna nic nie zmieni. Tu jest Polska.

Kończąc zaś z polityką: wspomniany na wstępie entuzjazm bierze się między innymi z nadziei na to, że państwo zostanie odpolitycznione i wszystkich krewnych-i-znajomych-prezesa zastąpią bezpartyjni, uczciwi fachowcy.

Piękne by to było, ale nie będzie.

Bo tych fachowców również nie ma, jest za to kraj stojący kulturowo, gospodarczo i socjologicznie na głowie. 

Oglądasz czasem amerykańskie filmy? To przypomnij sobie sytuacje, w których podwładny rozmawia z przełożonym. Niezwykle rzadko zdarza się, by szef był młodszy od pracownika, a jeśli już jest, to tylko mu przeszkadza, bo jest niekompetentny.

U nas natomiast dominują w gospodarce rządy „młodych wilków”. Ludzie ci, nierzadko z dwoma fakultetami (no dobra, jeden z nich to licencjat), znają dobrze angielski i noszą anglojęzyczne, czasem trudne do wymówienia tytuły. Gorzej, że nie mają pojęcia o organizacji pracy, a politykę kadrową powierzają dwudziestoparolatkom. Skutki są takie, jakie być muszą: kompletny bajzel, głupsi rządzący mądrzejszymi, a żółtodzioby doświadczonymi.

Na moim zawodowym poletku spotykam się z tym na co dzień. Biedroń chce, by polska szkoła uczyła skutecznie angielskiego. Może i będzie uczyć, ale czy będzie też wychowywać, czego teraz nie robi? Współczesny młody człowiek nie ma we krwi dotrzymywania słowa, terminy traktuje mniej więcej tak jak Meksykanie, a gdy mu coś wspomnieć o szacunku dla starszych, natychmiast pała świętym gniewem i oświadcza, że na szacunek to trzeba sobie zasłużyć! Trudno z takim współpracować, bo robi błąd na błędzie, a gdy mu to choćby delikatnie wskazać, obrusza się i mści przy pierwszej nadarzającej się okazji.

Nie ma więc znaczenia, kto obejmie u nas rządy. Nie naprawi państwa, bo nie ma kim i nie będzie miał, dopóki nie zrozumiemy, że w wielu miejscach i sytuacjach to nie PiS, nie PO i nie mityczna komuna jest winna, ale my sami.

Jestem zwierzęciem domowym i z premedytacją nie mam samochodu, toteż wszystkie zakupy robię zawsze w tych samych sklepach w pobliżu miejsca zamieszkania. W trzech znają mnie jak zły szeląg: dokładnie wiedzą, którego dnia i o której  godzinie przyjdę, a także, co będę chciał kupić. I co? Raz po raz słyszę w nich, że nie ma. Bo albo koleżanka zapomniała zamówić (choć mam stałe zamówienie już od iluś miesięcy: w każdy czwartek tyle-a-tyle tego-a-tego), albo nie dowieźli.

Jak to możliwe: jest klient, jest popyt, jest pieniądz, a towaru nie ma? Jakim cudem nie ma? Te czasy powinny były odejść na zawsze wraz z systemem słusznie minionym.

Ale nie odeszły, bo ludzie są ci sami i tacy sami, a czasem nawet gorsi. Chromolimy robotę, lekceważymy tych, dla których pracujemy, olewamy tych, z którymi współpracujemy. Odkąd mamy smartfony zamiast zegarków, czas mierzony w godzinach i minutach nie ma dla nas większego znaczenia. Jeśli umówimy się z kimś, że zadzwonimy we wtorek przed południem, dzwonimy w piątek po południu albo wcale. Nie muszę chyba wspominać, jak traktujemy terminy płatności podane na rachunkach i fakturach…

Do tego dochodzi bieda z jednej, a pazerność z drugiej strony. Jeżdżący nowym audi prawnik nie może zrozumieć, dlaczego cena za korektę jego tekstu wynosi u mnie XYZ. Jak dla niego to co najwyżej YZ, choć on sam bierze WXYZ za tyle samo godzin pracy. Właściciel sklepu internetowego chce mi dać dychę za coś, za co ja biorę cztery albo pięć, a gdy spotyka się z odmową, idzie szukać studenta, który zrobi mu to samo (nieważne, że byle jak i bez pojęcia) za grosze. Największymi dusigroszami – do tego się już przyzwyczaiłem – są najzamożniejsi.

Nie brak też i takich, którzy chętnie by zapłacili, ile trzeba, ale po prostu ich na to nie stać. Budżet mikro i koniec.

Na to wszystko coś pozostało nam po zaborach i po PRL-u: przemożna chęć kombinowania, oszukiwania, wyłudzania i naciągania. Pal już licho, że afera goni aferę. To problem tych tam na górze. Gorzej, że naciągnąć, a czasem wręcz ordynarnie okraść mnie usiłuje bank, operator GSM, platforma telewizji cyfrowej, a nawet producent soku pomidorowego (którego w kartonie powinien być litr, a jest 900 ml i nikogo to nie obchodzi). Naciąga mnie importer, który sprowadza badziewie równe tylko nazwą swemu zachodniemu odpowiednikowi. To nie państwo ma kontrolować na granicy, czy w pudełku z Niemiec jest tyle „proszku w proszku”, ile być powinno: to importer i dystrybutor powinien dbać o interesy swoich klientów. Ale nie zadba, bo badziewie produkowane na Europę Wschodnią jest tańsze, więc bardziej mu się opłaca.

Mógłbym tak jeszcze długo wymieniać.

Trzymam kciuki za Biedronia i jego ruch, bo jakiś powiew świeżości w tym obrzydliwym bagnie, jakim jest polska „polityka”, jest ze wszech miar potrzebny. Nie łudzę się jednak, że będzie to tornado, które zmieni wszystko albo choćby wiele na lepsze. Nawet gdyby stało się wszechwładne, nie zmieni jednego.

Nas.

Marek Trenkler

Matuzalem blogosfery. Redaktor, korektor, autor tekstów
Mogę uczynić Twoje teksty lepszymi. Masz pytania? Propozycje? Zlecenie? Napisz do mnie: biuro@texter.pl

Drogi Czytelniku! Ponieważ wierzę, że jesteś istotą rozumną, doskonale wiesz, że ta strona używa cookies. Ba, wiesz nawet, co to jest. Aby jednak formalności stało się zadość, niniejszym informuję Cię: tak, ja też faszeruję nimi Twojego kompa, na co masz prawo się zgodzić lub nie. Wiedz przy tym, że jeśli odwiedzasz w internecie strony z gejowskim porno lub suplementami diety albo – o zgrozo – blogi młodych matek, to ja o tym nie wiem i nic nie chcę wiedzieć, to wyłącznie Twoja prywatna sprawa.