Panie Marku, czyli: rewolucja technologiczna

Jakąś godzinę temu skończyłem przygotowywać do pracy nowiuteńki, wczoraj kupiony komputer. Postanowiłem to uczcić, pisząc pierwszy tekst na nowiuteńkiej klawiaturze dla Was tutaj. Dawno mnie tu nie było, więc chyba czas opowiedzieć o tym, co słychać, prawda?

Tytułowa rewolucja technologiczna zaczęła się w gruncie rzeczy od drzewa. Drzewo to rośnie za moim oknem, na posesji sąsiada znanego m.in. z zamiłowania do disco polo i grillowania w mikroskopijnym pseudoogródku.  Rośnie od lat i się rozrosło – tak skutecznie, że technologia satelitarna okazała się bezradna. Gdy tylko pada albo wieje, ekran telewizora obsypują piksele ułożone w porządku dość przypadkowym, toteż ni cholery oglądać się nie da.

Na mojej uliczce nie ma żadnej kablówki, ale – nie wiedzieć czemu – są światłowody od tych pomarańczowych. Nawet w moim budyneczku toto jakieś półtora roku temu zainstalowali. Broniliśmy się z żoną, ile się dało, choć atakowali nas i telefonicznie, i mailowo, ale neostrada chodziła jak złoto, więc nie chcieliśmy jej zamieniać na włókna szklane przewodzące światło. Teraz jednak sytuacja się zmieniła, bo pomarańczowi puszczają tym światłowodem również telewizję, więc wzięliśmy to mocno pod uwagę. A gdy się okazało, że w pakiecie i w promocji dają jeszcze dwa przyzwoite, nowiusieńkie smartfony za cztery dychy miesięcznie, nie było się nad czym zastanawiać.

No to teraz mam światłowód i nowego Samsunga model 2018. I nawet Netflixa w telewizorze. Myślałem, że na tym się skończy, ale gdzie tam.

– Od teraz będę ci wycinał numery – powiedział mi mój siedmioletni pecet i rzeczywiście zaczął sobie ze mnie robić jaja akurat w momencie, gdy miałem roboty od pyty. Nie zastanawiałem się więc długo, tylko udałem się do pobliskiego sklepu komputerowego i sprawiłem sobie nowe narzędzie pracy. Tym sposobem jestem na jakiś czas up to date ze wszystkim, co najważniejsze.

Tylko w klawisze nie trafiam, muszę się dopiero wdrożyć na tej nowej klawiaturce.

A co w pracy?

Gdyby ten świat był normalny, siedziałbym dziś pewnie w jakiejś redakcji albo agencji, poprawiał teksty młodym i uczył ich, jak pisać.

Jest dokładnie na odwrót. Tam siedzą młodzi i usiłują uczyć mnie, co zazwyczaj dobrze się nie kończy.

Jednego mnie wszakże nauczyli: tego, że obyczaje się zmieniły. Kiedy ja miałem dwadzieścia pięć albo trzydzieści lat, do głowy by mi nie przyszło, żeby zwracać się do faceta starszego ode mnie o dwie dychy (albo i do babki, czemu nie?) po imieniu bez pozwolenia. Teraz jest inaczej. Każda dziumdzia, nawet taka, która dzwoni do mnie z banku albo od jakiegoś operatora, od razu wsiada na „panie Marku”. Zapewne sądzi, że będzie mi miło.

Ale nie jest.

Muszę się z tym jednak jakoś oswoić, bo teraz dziumdzie siedzą wysoko, a stare pryki takie jak ja – deczko niżej. Taka karma. Już tylko na amerykańskich filmach szefowie są starsi od podwładnych.

Praca zawodowa oznacza dla mnie obecnie trochę poprawiania i bardzo dużo pisania. Dążę do tego, żeby było odwrotnie, ale na razie średnio mi to wychodzi.

Pan z agencji, pani z agencji

Pisuję więc dla różnych agencji SEO i takich tam. Idzie mi nawet nieźle, gdyby nie moja krnąbrna natura, która sprawia, że te agencje dziwnie często się zmieniają.

Onegdaj pisałem dla jednej takiej. Płacili bardzo marnie, a oczekiwali tekstów w stylu „Przy ruchliwej ulicy stoi hurtownia opon Kraków. W hurtowni opon Kraków sprzedawane są opony Kraków. Jeżeli nie wiesz, co kupić dzieciom pod choinkę, kup im opony. Kraków to miasto, w którym świetnie się jeździ na oponach”.

Ponieważ równocześnie pisałem już dla znacznie lepszej agencji, pozwoliłem sobie zauważyć w mailu do dziewczęcia z tej marnej, że ichnie metody pozycjonowania z lekka trącą myszką. Nie przewidziałem tego, że dziewczę pobiegnie z moim mailem do właściciela przybytku. A ten nieoczekiwanie zadzwonił do mnie z pytaniem, co też mi się nie podoba. Próbowałem mu wyjaśnić, że teraz sprawy z Google załatwia się nieco inaczej, ale chyba go nie przekonałem. To on starał się przekonać mnie.

– A co pan powie na to? Mówili mi, żebym nie zakładał agencji. Minęło siedem lat, a ja teraz co roku spędzam dwa miesiące na Fuerteventurze – perorował mi przez bezprzewodową sieć, a ja, choć go nie widziałem, miałem przed oczami jego skarpetki. Białe jak śnieg, ma się rozumieć.

No pewnie, że siedzi na Kanarach, bo stać go na to, skoro płaci tak nędzne grosze.

Chyba odczytał moje myśli, bo po dwóch godzinach od zakończenia rozmowy wspomniane wcześniej dziewczę przysłało mi maila. Treść sprowadzała się do tego, że nie chcą współpracować z kimś, kto nie wierzy w ich sukces.

W innej agencji, też beznadziejnie płacącej, było podobnie.

W Polsce działa taki schemat: jeśli jest sobie firma z etatowymi pracownikami i „zewnętrznymi” współpracownikami, to ci ostatni pracują, a ci pierwsi wymyślają wytyczne. No i agencja wymyśliła nowe wytyczne, a ja w odpowiedzi zapytałem uprzejmie, czy wraz ze wzrostem wymagań wzrosną także stawki.

– Współpraca z nami nie jest obowiązkowa i w każdej chwili możesz zrezygnować – odpisało mi dziewczątko.

Agencja przeszła więc do (mojej) historii.

Gdyby ten świat był normalny... Ale nie jest

Wiesz co, ujmij to krócej

Znacznie lepiej dzieje się w agencji, dla której pisuję za przyzwoite pieniądze, ale tam też bywa zabawnie.  Ot, na przykład: jest sobie sklep internetowy. W sklepie internetowym są produkty i kategorie. Agencja zleca mi więc stworzenie opisów tych kategorii po 2500 znaków ze spacjami każdy.

Sprawa jest o tyle niełatwa, że produktami są duperele, a na dodatek jest ich mało. Na przykład całe dwa w kategorii. Żeby więc jakoś upchnąć wymagane frazy kluczowe i wypisać te 2500 zzs, tworzę ambitne teksty zawierające wiele aspektów zagadnienia, a więc na przykład:

  • historia dupereli od wczesnego średniowiecza;
  • duperela a sprawa polska;
  • duperela w literaturze i sztuce;
  • duperela w ujęciu konfucjańskim;
  • pięć rzeczy, których nie wiesz o dupereli;
  • korzyści z zakupu dupereli;
  • jak bardzo będziesz cierpiał, jeśli nie kupisz dupereli;
  • o wyższości dupereli nad innym badziewiem itd.

Takich tekstów płodzę siedem albo i więcej, po czym mam serdecznie dosyć tego świata.

Mija kilka dni i agencja odrzuca mi wszystkie te teksty, bo doszła do wniosku, że jednak 1200 znaków wystarczy, tylko żebym skupił się wyłącznie na opisie dupereli.

Poza pracą też piszę

Owszem, bloguję sobie tak średnio raz na tydzień, ale o pieniądzach. To zupełnie inne środowisko blogerskie i udało mi się jeszcze nie wszystkich do siebie zrazić, ale pracuję nad tym. I konsekwentnie jestem na detoksie. Jak najdalej od lajfstajlowców, choć to nie takie proste. Z tym drugim blogiem wróciłem na Twittera i szybko mnie tam znaleźli. Znów musiałem dać parę banów, żeby mieć święty spokój.

Pomalutku zapuszczam więc korzenie w blogosferze finansowej, bo też sprawy finansowe zaprzątają mi światły umysł nieustannie. Długo jeszcze będę spłacał alimenty po rozwodzie z własną firmą. Jestem więc zapisany na śmierć, cokolwiek to oznacza.

No a poza tym teraz muszę jeszcze spłacić ten nowy komputer…

 

Marek Trenkler

Matuzalem blogosfery. Redaktor, korektor, autor tekstów
Mogę uczynić Twoje teksty lepszymi. Masz pytania? Propozycje? Zlecenie? Napisz do mnie: biuro@texter.pl

Tu nie dyskutujemy.

Drogi Czytelniku! Ponieważ wierzę, że jesteś istotą rozumną, doskonale wiesz, że ta strona używa cookies. Ba, wiesz nawet, co to jest. Aby jednak formalności stało się zadość, niniejszym informuję Cię: tak, ja też faszeruję nimi Twojego kompa, na co masz prawo się zgodzić lub nie. Wiedz przy tym, że jeśli odwiedzasz w internecie strony z gejowskim porno lub suplementami diety albo – o zgrozo – blogi młodych matek, to ja o tym nie wiem i nic nie chcę wiedzieć, to wyłącznie Twoja prywatna sprawa.