Prawa freelancera: nie podpisuj niebezpiecznych ani niekorzystnych umów

Właśnie przeszło mi koło nosa niezłe zlecenie. Chodziło o redakcję książki dla pewnego wydawnictwa. Pracowałem już dla nich wcześniej, sami zaproponowali mi “zrobienie” kolejnej książki, ale nic z tego nie będzie. Dlaczego? Bo zgłosiłem propozycje poprawek do umowy. Wydawnictwo ma jednak za nic prawa freelancera i podziękowało mi za współpracę. Czy żałuję? Raczej nie, choć pieniędzy szkoda.

Pozwól, że opiszę sprawę bliżej. Pierwszą książkę dla tego wydawnictwa redagowałem w maju i czerwcu. To było pilne zlecenie, wszystko “na wariackich papierach”. Pracowałem przez ponad dwa tygodnie bardzo intensywnie, mając tylko mailowe, ogólnikowe zlecenie z podaną stawką. Nie kręciłem nosem, bo zależało mi na przetarciu szlaków. Marudzić zacząłem dopiero potem, gdy przyszło mi długo czekać na wypłatę.

Prawa freelancera: ora et labora?

Teoretycznie powinno być tak: najpierw zawieramy umowę o dzieło, potem ja wystawiam i wysyłam rachunek, potem wydawnictwo mi płaci. Praktyka okazała się zupełnie inna. Najpierw zrobiłem, co do mnie należało. Potem musiałem czekać na umowę. Przyszła wraz z rachunkiem, bo de facto to nie ja wystawiam rachunek, lecz tylko podpisuję się pod rachunkiem przygotowanym przez wydawnictwo. Zgodnie z umową, wydawnictwo miało na zapłatę 10 dni od daty doręczenia mu owego rachunku.

Zapłaciło 16 dni po terminie.

Ponieważ praca była ukończona, a książka szła do druku, treścią umowy niespecjalnie się przejmowałem. Zwróciłem na nią uwagę dopiero w trakcie batalii o wypłatę. I wtedy

Włosy mi dęba stanęły

Powiedziałem sobie wtedy: następna książka dla nich – jak najbardziej, ale umowa musi zostać zmieniona, drugi raz takiej nie podpiszę. I gdy bardzo sympatyczna pani kierownik projektu zadzwoniła do mnie w sprawie kolejnego zlecenia, powiedziałem, że bardzo chętnie, ale chciałbym, żeby najpierw była umowa, a potem dzieło, zaś treść umowy chciałbym negocjować. Sprzeciwu nie było, zostałem poproszony o przesłanie proponowanych poprawek do treści umowy. Wkrótce potem przyszła odpowiedź, że zarząd wydawnictwa nie wyraził zgody na wprowadzenie zmian, więc adios, pomidory.

Prawa freelancera powinny być w umowie zagwarantowane

Prawa freelancera: czego można chcieć?

Czy zmiany, jakich oczekiwałem, oznaczałyby dla mnie mannę z nieba, a dla wydawnictwa pewną stratę? Nic podobnego. Opiszę pokrótce, co chciałem zmienić:

I. Zaproponowałem usunięcie punktu mówiącego o tym, że przyjęcie dzieła przez wydawnictwo musi mieć formę pisemną pod rygorem nieważności. Nic takiego nie miało miejsca przy pierwszej książce, uznałem więc ten punkt za niepotrzebny.

II. Wprowadziłem zapis mówiący o tym, że wynagrodzenie zostanie mi wypłacone przelewem nie w ileś dni od dostarczenia rachunku, bo rachunek, jak wspomniałem, wystawia wydawnictwo i wcale się z tym nie spieszy, lecz do dnia (tu data).

III. Umowa stanowi, że w razie zaistnienia szkody spowodowanej niewykonaniem lub nienależytym wykonaniem zobowiązań, wykonawca (czyli ja) ponosi za nią odpowiedzialność w pełnej wysokości. Tu już wkładałem głowę w pętlę.

Co by było, gdybym w trakcie wykonywania umowy zachorował lub uległ wypadkowi? Albo gdyby Wrocław nawiedziła taka powódź jak w 1997 roku, gdy przez dwa miesiące nie miałem prądu (brak prądu = zero komputera)? Nie dość, że nie dostałbym wynagrodzenia, to jeszcze wydawnictwo obciążyłoby mnie swoimi ewentualnymi stratami, Bóg wie jak wielkimi. Na to się zgodzić nie mogłem, zaproponowałem więc sformułowanie “umyślnym lub wynikającym z zaniedbania niewykonaniem” oraz dodatkowo wyliczyłem sytuacje, w których winy nie ponoszę.

IV. Wydawnictwo chciało, aby dniem płatności był dniem wydania polecenia przelewu. Hmm… Z reguły jest to dzień zaksięgowania środków na koncie beneficjenta – i taką też poprawkę zaproponowałem.

V. W umowie jest wiele punktów mówiących o potrąceniu mi części lub nawet całości wynagrodzenia za najrozmaitsze przewinienia, w tym za opóźnienie w dostarczaniu materiałów. Tymczasem wydawnictwo mogło mi zapłacić nawet za sześćdziesiąt lat, gdyby miało taki kaprys. Wiesz, Czytelniku, czym tłumaczono mi zwłokę w wypłacie? Mocami przerobowymi księgowości. I tym, że opóźnienia się zdarzają. Wprowadziłem więc karę umowną dla wydawnictwa za każdy dzień zwłoki w wypłacie.

(…) tak mało mi trzeba. A jednak widzę, że żądam za wiele

(Adam Asnyk, Jednego serca)

No i stało się. Straciłem zlecenie i – być może – również ileś następnych od tego wydawnictwa. Czy żałuję? I tak, i nie, ale bardziej nie. Mogę rozumować dwojako:

Albo: było siedzieć cicho i podpisać, co podsunęli. Kiedyś by w końcu zapłacili, a te niebezpieczne zapisy? Oj tam, oj tam…

Albo: z daleka widać, że ten zleceniodawca ma prawa freelancera najgłębiej w końcówce jelita grubego. Nie szanuje go, gardzi nim, robi mu łaskę. Być może są kwoty, za które warto dać się poniżać, ale tu aż o takie pieniądze nie chodziło. Trzeba się szanować. I nie wkładać głowy w pętlę, bo to się może źle skończyć.

Sztywny kark mam od dzieciństwa. Wiele razy drogo mnie to kosztowało. Mam już swoje lata, nie zmienię się. Gdy mam wybór, nie chwytam się brzytwy, choćbym miał pójść pod wodę.

A Ty, Czytelniku? Jak postępujesz z podsuwanymi Ci umowami? Podpisujesz bez czytania, czy – jak ja – uważasz się za równoprawną stronę umowy i negocjujesz warunki? Czekam na Twój komentarz tu, pod wpisem, albo na Facebooku.

Marek Trenkler

Matuzalem blogosfery. Redaktor, korektor, autor tekstów
Podobają Ci się moje teksty? Być może mogę napisać coś i dla Ciebie.

Mogę też, jako doświadczony redaktor i korektor, uczynić Twoje teksty lepszymi. Masz pytania? Propozycje? Zlecenie? Napisz do mnie: texterpl@gmail.com
  • Najśmieszniejsze jest to, że większość tych punktów odnosi się do czasu, kiedy trwa praca nad książką, a umowę dostaje się i tak po fakcie. To po co im te punkty?

    Dopóki pracowałam na umowach o dzieło, to niestety tak to właśnie wyglądało. Umowa zawsze po wykonaniu redakcji/korekty. Płatność – zależy od wydawnictwa. Jedni płacili szybko, innych trzeba było poganiać.

    Teraz umów nie zawieram. Za obowiązujące uznaję ustalenia mailowe. Po wykonaniu pracy wystawiam fakturę i daję 14 dni na jej zapłacenie (taka łaskawa jestem ;)). Większość moich zleceniodawców płaci dokładnie 14 dnia po wystawieniu faktury. Są i tacy, którzy płacą od razu (i chwała im za to).

    Nie rozumiem, dlaczego odmówili Ci wprowadzenia tych poprawek. Gdyby jeszcze sprawa rozbijała się o 5-cyfrowe kwoty wynagrodzenia… A tak? Bez sensu.

    • Myślę, że to wynika z ich filozofii. Oni bazują na współpracownikach, na freelancerach, mają ich od pyty. Prawdopodobnie do głowy im nie przyjdzie zawierać z każdym odrębną umowę: ma być jeden szablon dla wszystkich i koniec, a jak się komuś się nie podoba, to won.

      Wystawiasz faktury pro forma czy od razu FV?

      • Od razu finalne. To znaczy – od razu, ale po fakcie. Tak mi jest wygodniej – mniej papierów. A jeszcze się nie nacięłam, więc nie mam obaw.

  • Ryzykowny ten punkt I, bo może działać w dwie strony. Osobiście wolałbym mieć taki zapis, bo co na piśmie, to na piśmie. Czasem to wydłuża sprawę, ale w razie czego chroni dupę. Albo pogrąża 🙂

    • Co racja, to racja. Tylko w tym wypadku był to kolejny punkt na korzyść zleceniodawcy i na moją niekorzyść. W idealnym świecie taki punkt powinien być, a zleceniodawca powinien poświadczać odbiór dzieła i to niezwłocznie. A w realnym… Lepiej nie mówić 🙂

  • Identyczna sytuacja mnie spotkała. Dosłownie, jakbym czytała żywcem moją historię sprzed kilku tygodni.

    Pieniądze fajne, większe wydawnictwo i przy pierwszej współpracy ponieważ deadline gonił, nie zwróciłam uwagi na umowę, którą podpisaliśmy po wykonaniu i przekazaniu materiałów. Potem, gdy przeczytałam zapisy tak jak Ty, stwierdziłam, że KONIECZNIE trzeba zamieścić poprawki i zmiany. Bo aktualna umowa wyglądała dobrze, puki byłoby dobrze. Ale gdyby coś poszło nie tak…

    I u mnie też odnosiło się to do czasu pracy, co jeśli wydawnictwo odrzuci projekty w połowie roboty (czyli jak płaci za tę część), ile korekt, że nie ponoszę winy opóźnienia wynikające z problemów komunikacyjnych wydawnictwa, czy skrócenie czasu zapłaty z 90 dni roboczych do 45… i jeszcze kilka innych kwiatków.

    Bez problemów zgodzono się, bym przesłała propozycje zmian, ale po kilku dniach otrzymałam informację, że dział prawny odrzucił wszystkie uwagi. Albo goła umowa, albo nie ma współpracy. No i zrezygnowałam, ale nie żałuję.

    • Niesamowite! Czyli historia lubi się powtarzać. No, to jestem Ci bardzo, ale to bardzo wdzięczny za ten komentarz, bo dzięki niemu wiem, że nie ja jeden znalazłem się w takiej sytuacji. Serdeczności!

  • Dzięki za ten wpis. Wygląda na to, że bardzo mi się przyda w najbliższym czasie – będę wiedziała na co zwracać uwagę. Pozdrowienia.

    • Zawsze do usług. W sumie to ja dziękuję – za to, że mnie odnalazłaś, odwiedziłaś i zostawiłaś ślad: wreszcie mam bratnią duszę w blogosferze, bo wiele nas łączy 🙂

      • Wygląda na to, że faktycznie. I to nie tylko czas tego faceta z jeżykiem;-)

Drogi Czytelniku! Ponieważ wierzę, że jesteś istotą rozumną, doskonale wiesz, że ta strona używa cookies. Ba, wiesz nawet, co to jest. Aby jednak formalności stało się zadość, niniejszym informuję Cię: tak, ja też faszeruję nimi Twojego kompa, na co masz prawo się zgodzić lub nie.