Przetarg na korektę, czyli: ryczę ze śmiechu

Dawno się tak nie ubawiłem. Pewna instytucja, powiedzmy, kulturalna, przysłała mi mailem zaproszenie do “zapoznania się z ofertą dotyczącą zamówienia” (sic!) na wykonanie redakcji oraz korekty tekstu. Informacje zamieszczono w Biuletynie Informacji Publicznej. Jest to więc swego rodzaju przetarg na korektę. Jeśli ktoś dotąd nie rozumie, dlaczego w Polsce jest tak jak jest, po lekturze tych materiałów zrozumiałby na pewno.

Zamówienie dotyczy redakcji i korekty tekstu liczącego niespełna 90 stron. Wartość tego zamówienia to – z mojego punktu widzenia – kilkaset lub może tysiąc złotych (jest tam i redakcja, i dodatkowa korekta w MS Word i PDF). Takie i dużo większe zlecenia realizuję dla firm prywatnych szybko i bez zbędnych formalności. Gdy jednak w grę wchodzi instytucja państwowa, rzecz się odrobinkę komplikuje. Czego bowiem oczekuje ode mnie Zamawiający, gdybym chciał złożyć ofertę?

  • Ofertę musiałbym złożyć w ciągu 22,5 godziny (licząc od momentu otrzymania maila do godziny ustalonej jako termin ostateczny).
  • Ofertę musiałbym sporządzić wg wzoru stanowiącego załącznik nr 1 i zgodnie z opisem zamówienia wskazanym w § 1.
  • Musiałbym podać dane Wykonawcy m.in.: adres lub siedzibę wykonawcy, numer telefonu / faksu, adres poczty elektronicznej, Regon, NIP, nr odpisu z KRS.
  •  Musiałbym wreszcie dołączyć próbkę redakcji i korekty załączonego tekstu (załącznik nr 2 do niniejszego zapytania ofertowego) w wersji elektronicznej w trybie śledzenia zmian.
Przetarg na korektę za 200 euro

Słyszałeś? Dyrektor szuka wykonawcy zlecenia za 200 euro. Przez przetarg…

Dość ciekawe są też sposoby składania ofert: w siedzibie Zamawiającego (na drugim końcu Polski), za  pośrednictwem  poczty  elektronicznej  na  adres: […] za  potwierdzeniem  odbioru lub na numer faksu.
Dalej następuje opis procedury wyboru najlepszej oferty. Zawiera jakieś formuły matematyczne, których nie rozumiem i nie chcę rozumieć. Dotarło do mnie tylko tyle, że o wyborze oferty zdecyduje przede wszystkim cena (80% wagi), po niej – jakość wykonanej próbki (20%). Potem (niestety nie podano, kiedy) o wyborze najkorzystniejszej oferty Zamawiający zawiadomi wykonawców w formie pisemnej, za pośrednictwem faksu lub poczty elektronicznej.

Kolejnymi załącznikami są dwie umowy. Każda z tym samym błędem:

umowa11
Nie wiem, czy to przypadkowy błąd, czy może haczyk albo kruczek – tak czy inaczej takiej umowy na pewno bym nie podpisał. Tym bardziej, że treść jest dla wykonawcy niezbyt korzystna, ale mniejsza o to.

Zastanawia mnie też rzecz następująca: skoro Zamawiający będzie dokonywał oceny korektorskich umiejętności na podstawie próbek, to widocznie ma u siebie kogoś, kto zna się na redakcji i korekcie. Czemu nie powierzy zadania temu komuś? A może jest to ktoś, kto nie ma o tym bladego pojęcia? Sam już nie wiem. Słyszałem zresztą, że w instytucjach podległych wicepremierowi i ministrowi Glińskiemu takie “jaja” to nic niezwykłego.

Odpisałem uprzejmie, że nie jestem zainteresowany tym zleceniem. Właściwie mógłbym już o sprawie zapomnieć, ale nie potrafię. Cały ten biurokratyczny kram, ten przetarg na korektę,  przygotowano bowiem w majestacie prawa na podstawie § 4 ust. 5 regulaminu udzielania zamówień publicznych o wartości  nieprzekraczającej wyrażonej w złotych  równowartości  30.000 EURO (pisownia oryginału). Wzory takich regulaminów można znaleźć na stronach Urzędu Zamówień Publicznych. Nie mam więc pretensji ani nie nabijam się z instytucji, która to przygotowała, bo najwyraźniej tak jej każą przepisy. Mogę jedynie współczuć jej pracownikom, którzy z powodu dupereli (to naprawdę niewielkie zamówienie) muszą tracić czas na opracowywanie i wykonywanie wszystkich tych procedur. Choć, jak twierdzi moja żona, skądinąd znawczyni zagadnienia, nie można wykluczyć, że placówka wynajęła w tym celu kancelarię prawną.

Przetarg na korektę za marne 200 euro

Jak już wspomniałem, wartość tego zlecenia jest niewielka. W przeliczeniu byłoby to około 200 euro. Jeśli znalezienie i wyłonienie wykonawcy takiego drobiazgu wymaga w Polsce takich procedur, to na pytanie “kiedy w Polsce będzie dobrze?” Pan Bóg może jedynie odpowiedzieć, że na pewno nie za Jego kadencji. Przepisy o zamówieniach publicznych stworzono zapewne po to, by uniemożliwić lub utrudnić korupcję. Zapewne, choć pewności nie mam. Wyszedł absurd wołający o pomstę do nieba.

Media podały właśnie, że Sejm przystąpi wkrótce do tworzenia kolejnej ustawy o Trybunale Konstytucyjnym. Nie wiem już, której. Pogubiłem się w liczeniu. Wybrańcy narodu za pieniądze tegoż narodu świetnie się więc bawią i ani im w głowie przywracanie w ramach “dobrej zmiany” normalności i zdrowego rozsądku. Gdyby to ode mnie zależało, autorzy rozwiązań prawnych, nakazujących opisane wyżej postępowanie,  powinni trafić albo do zamkniętego zakładu psychiatrycznego, albo pod ścianę. Szkodliwość ich dzieła jest nie do opisania. Tracą wszyscy: i państwo (= podatnicy), i potencjalni wykonawcy. Żal mi też ubezwłasnowolnionego de facto dyrektora placówki, który nie może po prostu wyszukać w Google wyspecjalizowanej firmy, zatelefonować albo wysłać maila i umówić się na wykonanie zadania, tylko musi się bawić w ten swoisty przetarg na korektę…

Bo tutaj jest jak jest. Po prostu…

Marek Trenkler

Matuzalem blogosfery. Redaktor, korektor, autor tekstów
Podobają Ci się moje teksty? Być może mogę napisać coś i dla Ciebie.

Mogę też, jako doświadczony redaktor i korektor, uczynić Twoje teksty lepszymi. Masz pytania? Propozycje? Zlecenie? Napisz do mnie: texterpl@gmail.com

Tu nie dyskutujemy.

Drogi Czytelniku! Ponieważ wierzę, że jesteś istotą rozumną, doskonale wiesz, że ta strona używa cookies. Ba, wiesz nawet, co to jest. Aby jednak formalności stało się zadość, niniejszym informuję Cię: tak, ja też faszeruję nimi Twojego kompa, na co masz prawo się zgodzić lub nie.