Samiśmy tego chcieli: postprawda na własne życzenie

Elyty szykują się już do hucznych obchodów 30. rocznicy Okrągłego Stołu. Mam to szczęście lub nieszczęście, że dobrze pamiętam, co było przed nim i dlatego nie daję sobie wmówić, że było tak, jak tego chcą współcześni opowiadacze. A oni opowiadają – to już w odniesieniu do współczesności – że w naszym Internecie roi się od ruskich trolli, które za moskiewskie pieniądze sieją zamęt i dezinformację. 

Nie wiem, ile w tym prawdy. Wiem natomiast co innego: nasz wirtualny, a w dużej mierze także pozostały świat wypełnia postprawda lub wręcz kompletne brednie. Nie tworzą ich jednak żadne trolle, ani ruskie, ani amerykańskie, tylko nasza napędzana pieniędzmi rzeczywistość. Przyjrzyjmy się jej.

Czy znasz choć jedną niezależną i obiektywną polską gazetę? Ja nie. A stację telewizyjną lub radiową, o której nie umiał(a)byś powiedzieć, po której jest stronie? Ja nie. Mamy spory wybór mediów jednoznacznie popierających to jedną, to drugą stronę wojny polsko-polskiej i tylko naprawdę wytrawny odbiorca potrafi odcedzać propagandę od faktów. Tu oczywiście przyczyną jest wielka polityka, ale o co chodzi w polityce? O władzę i pieniądze. Wielkie pieniądze.

Opinie za dwa złote, komentarze tylko pozytywne

Dużo mniejsze, a czasem całkiem niewielkie pieniądze decydują o tym, że w Internecie niezwykle trudno jest znaleźć informacje.  Ba, nawet o opinie trudno: w większości są pisane za pieniądze, po dwa złote sztuka. Nawet komentarze w blogach są pewnym wykrzywieniem rzeczywistości, bo ostają się tylko pozytywne. Jakoś tak się przyjęło, że „jak masz krytykować, to milcz” albo że bloger komentarze negatywne usuwa i zostają tylko laurki i ew. pytania. W dużych portalach odwrotnie – tam wylewają się oceany hejtu, wiadra pomyj i fekaliów wszelakich.

Internetową rzeczywistość poznaję coraz lepiej z perspektywy copywritera, czyli gościa piszącego dla firm i agencji za pieniądze. Dodajmy: piszącego to, czego klienci sobie życzą, a nie o tym, jak jest. Od paru lat na kilometr wyczuwam tekst pisany przez kogoś z tej właśnie branży.

Gdy ślepiec pisze o malarstwie

W praktyce wygląda to tak, że opisy towarów i kategorii w sklepach internetowych, a także teksty stron WWW tworzą za pieniądze tacy ludzie jak ja, niemający najczęściej bladego pojęcia o tym, o czym piszą. Owszem, zdarzają się piszący fachowcy z różnych dziedzin, ale pamiętajmy, że są to teksty na zamówienie, a więc dalekie od obiektywizmu.

Mam wciąż w pamięci faceta, który zwrócił się do mnie z zapytaniem, czy napiszę treść na stronę WWW jego hotelu. Stronę miał już gotową, były tam same zdjęcia. Kiedy go zapytałem, skąd mam tę treść wziąć, skoro nic o jego hotelu nie wiem, był niepomiernie zdziwiony. „Po prostu chodzi o to, żeby wypełnić stronę treścią”, wyjaśnił mi rzeczowo.

Miałoby to może jakiś sens, gdyby gość przysłał jakiś pakiet materiałów z danymi o tym hotelu, ale nawet to przekraczało jego horyzonty myślowe. A przecież tak na dobrą sprawę, chcąc mieć porządną treść, powinien był mnie do tego hotelu zaprosić, żebym wszystkiego na miejscu popróbował, wyłowił mocne punkty, znalazł jakieś różnice między tym hotelem a tysiącem innych… No i jeszcze mi zapłacił, ma się rozumieć.

Pewnie już się śmiejesz? I słusznie. Ja nawet nie odważyłem się facetowi tego zaproponować, zabiłby mnie śmiechem. Pewnie znalazł kogoś, kto mu napisał parę sztampowych zdań o niepowtarzalnej atmosferze, spełnianiu życzeń każdego gościa i wybornej kuchni w hotelowej restauracji. I takimi „informacjami” hotel raczy dziś pewnie swoich przyszłych gości.

Kup pan eee… tego… no, ten…

Podobnie jak większość sklepów internetowych. W codziennej praktyce spotykam nawet takie, których personel sam nie wie, co sprzedaje. Wszystkie opisy są tworzone przez copywriterów, którzy opiewanych produktów nigdy w życiu na oczy nie widzieli. Ba, sklepy to pół biedy: ja znam nawet producentów, którzy sami nie zamieszczają żadnej własnej informacji o swoich wyrobach, tylko każą je tworzyć copywriterom!

Nic więc dziwnego, że potem zakupiony towar okazuje się często ciut odmienny od tego, co w opisie. Zresztą nie może być inaczej, gdy filolodzy piszą o elektronarzędziach, kulturoznawcy o suplementach diety, a filozofowie o materiałach budowlanych.

Agencje pośredniczące między klientami a copywriterami też miewają czasami genialne pomysły na kreowanie rzeczywistości. Zdarzyło mi się kiedyś pisać o chłodniach kominowych. Wiesz, co to? To:

chłodnie kominowe
Daj się porwać urokowi naszych chłodni kominowych. Poczuj na twarzy orzeźwiający, chłodny wiatr. Zamknij oczy i popłyń wraz z naturą, której oddają ciepłą, białą parę w delikatnych obłokach. Twoje życie nabierze nowego wymiaru, Twoje najskrytsze marzenia spełnią się niczym sen o wielkiej miłości. Kup TERAZ!

Ryczałem ze śmiechu, kiedy dwudziestoparoletnia kontentmenedżerka zażyczyła sobie w zleceniu, żeby napisać o nich tekst wybitnie prosprzedażowy, wymieniając wszystkie korzyści, jakie klient będzie miał z zakupu takiego gustownego maleństwa. Tak mnie wciągnęło, że sam mało nie kupiłem…

Książki w trybie ASAP

Jeśli myślisz, że fabrykowana za pieniądze postprawda dotyczy tylko bazy, a nadbudowy już nie, to się mylisz. Zredagowałem już wiele książek, ale tylko jedną na zlecenie wydawnictwa – i więcej nie dam się namówić. Chodziło o polską wersję książki wydawanej równocześnie w wielu językach i krajach. To była produkcja, dosłownie produkcja książki. Tłumacze z internetowej łapanki, kompletnie przypadkowi, biedzili się nad skleceniem polskiego odpowiednika anglojęzycznego oryginału, a w tym samym czasie ja poprawiałem ich wypociny. Żaden z nich nie miał pojęcia o przekładzie, a niektórzy nie znali nawet dobrze angielskiego. Musiałem porównywać ich teksty z oryginałem i poprawiać już nie styl, ale fakty i liczby!

Niewiele osób wie, że ta książka, teoretycznie będąca przekładem, to w gruncie rzeczy jakieś wariacje na temat oryginału, choć w zamierzeniu miały to być praktyczne porady i zbór cennych informacji. Dlaczego? Bo liczył się czas. Wszyscy pracowali jak opętani, byle jak, byle zdążyć, bo termin gonił, a w kolejce czekała już kolejna książka do wyprodukowania.

Jeśli dziś bierzesz do ręki gazetę czy książkę i dziwisz się, że tyle w niej błędów, to tylko dlatego, że jeszcze nie ogarniasz naszej polskiej, kapitalistycznej rzeczywistości. Masz w ręku produkt, nic innego. Coś, co musiało powstać szybko i jak najmniejszym kosztem – dlatego jest, jakie jest. Byle jakie.

A miało być tak pięknie

Zapewniam Cię, że wtedy, 30 lat temu, nikt nie miał pojęcia, że to się tak skończy. Wszystkim wydawało się, że gdy Państwowe Zakłady Przemysłu Terenowego „Pierd Stalina” w Koszalinie Oddział w Łodzi Filia w Poznaniu zmienią się w Stalpierd SA, każda materialna rzecz i każdy wytwór ducha będą tak cudowne, pachnące i kolorowe jak kosmetyki z Pewexu. Że w kapitalizmie wszechwładza pieniądza oznacza tryumf jakości i wartości.

Że w mediach będą mówić i pisać prawdę. Że jak się skończy cenzura, to doczekamy się prawdziwej literatury. I filmów genialnych. I rozrywki na światowym poziomie. I muzyki jak z listy „New Musical Express”.

Nie znając, nie pamiętając tamtej nadziei, być może nawet nie dostrzegasz, jak daleki od niej jest współczesny świat. Jeśli tak jest i jest Ci w nim dobrze, to mogę się tylko cieszyć.

Marek Trenkler

Matuzalem blogosfery. Redaktor, korektor, autor tekstów
Mogę uczynić Twoje teksty lepszymi. Masz pytania? Propozycje? Zlecenie? Napisz do mnie: biuro@texter.pl

Tu nie dyskutujemy.

Drogi Czytelniku! Ponieważ wierzę, że jesteś istotą rozumną, doskonale wiesz, że ta strona używa cookies. Ba, wiesz nawet, co to jest. Aby jednak formalności stało się zadość, niniejszym informuję Cię: tak, ja też faszeruję nimi Twojego kompa, na co masz prawo się zgodzić lub nie. Wiedz przy tym, że jeśli odwiedzasz w internecie strony z gejowskim porno lub suplementami diety albo – o zgrozo – blogi młodych matek, to ja o tym nie wiem i nic nie chcę wiedzieć, to wyłącznie Twoja prywatna sprawa.