Trzecia Rzesza mnie pociesza

W ostatnim wpisie wspomniałem, że teraz to nawet ja mam Netflixa. Dość szybko wyoglądaliśmy z żoną to wszystko, co się nadawało do oglądania, jeśli chodzi o filmy fabularne. Przyszedł więc czas na dokumentalne. Na pierwszy ogień poszedł cykl o Hitlerze i jego najlepszych kumplach. Oglądaliśmy z niemałym zainteresowaniem i muszę powiedzieć, że ten serial natchnął mnie pocieszeniem.

Minie zapewne jeszcze sto albo dwieście lat, zanim o Trzeciej Rzeszy będzie się mówiło obiektywnie, bez emocji i propagandy. Ten serial jest więc tendencyjny, zgodny z obecnie obowiązującą linią, a nie zawsze do końca zgodny z prawdą historyczną, ale jego zasadnicze przesłanie trzyma się kupy. Brzmi mniej więcej tak: III Rzesza nie skończyłaby może aż tak marnie, gdyby nie to, że najbliżsi współpracownicy Adolfa Hitlera mieli jej interes serdecznie gdzieś. O wiele ważniejsze były dla nich ich własne interesy, toteż nieustannie podkładali sobie świnię i torpedowali nawzajem poszczególne przedsięwzięcia. Także wtedy, gdy Niemcy zaczęły przegrywać wojnę, Goebbels rył pod Göringiem, Göring pod Speerem, Himmler pod Goebbelsem i tak w koło Macieju. No i wyszło, co wyszło.

Czemu o tym piszę? Bo III Rzesza jest wciąż dla wielu symbolem zbrodniczej, ale zarazem doskonałej organizacji, wzorowego porządku, fanatycznego patriotyzmu i całkowitego podporządkowania „sprawie”. Tymczasem w rzeczywistości panował w niej totalny bajzel, co zresztą znajduje potwierdzenie w wielu niemieckich relacjach z frontu, które ostatnio czytałem.

Pomyłki zdarzają się wszędzie

Spoza filmu wiem, że bajzel był tak perfekcyjny, iż w jednostkach bojowych, nie wyłączając karnych, żołnierzom zdarzało się cichcem zabijać swoich dowódców, jeśli tylko uznali, że na przykład za bardzo dają im się we znaki. W bitewnym zgiełku jest to zresztą stosunkowo łatwe i nawet gdyby ktoś się połapał, że Herr Hauptmann zginął od strzałów w plecy, a nie w pierś waleczną, to w niczyim interesie nie byłoby nagłaśnianie takiego incydentu, bo morale armii szlag mógłby trafić. Pozostaje dla mnie tylko zagadką, jak się Hitlerowi udało w tych okolicznościach podbić spory kawałek Europy, do którego zresztą prawdopodobnie dołączyłaby Anglia. Na jej szczęście Göring wmówił Adolfowi, że Luftwaffe sama da sobie radę, toteż inwazja lądowa nie jest potrzebna. Za tę drobną pomyłkę nie poniósł zresztą poważniejszych konsekwencji.

Czemu o tym piszę?

Bo doszedłem do wniosku, że skoro nawet w tym arcytotalitarnym systemie nie udało się utrzymać choćby jakiego takiego porządku, to nie ma najmniejszego sensu przejmować się bałaganem miłościwie panującym od zarania dziejów u nas. Podobnie jak nie ma sensu się przejmować obejmowaniem najwyższych stanowisk państwowych i politycznych przez ludzi nadających się na nie jak Schetyna na lidera opozycji albo Petru na premiera.

Najwyraźniej bajzel, by nie powiedzieć po polsku: burdel, leży po prostu w ludzkiej naturze i jest wszechobecny. Jeżeli nie wiemy o tym, że panuje też na Kremlu, w Białym Domu czy na innych Hradczanach, to tylko dlatego, że nie wiedzą o tym dziennikarze. A nie wiedzą, bo w ich redakcjach panuje to samo.

Skoro zaś chaos może panować na najwyższych politycznych szczeblach, to po co miałbym się denerwować rozgardiaszem panującym ileś szczebli niżej, a więc np. w niektórych firmach, z którymi mam kontakt?

Teraz muszę sobie tylko zakodować, że jeżeli np. ktoś mi powie, że jutro coś, a tego cosia nie ma nawet za tydzień, to jest to zjawisko tak samo normalne jak śnieg w styczniu. Że jeśli cała prężna firma leży i kwiczy, bo nie ma Kasi, której akurat coś wypadło, to nie ma się czym przejmować, bo pojęcie zastępcy lub zastępstwa to w warunkach polskich ekstrawagancja na miarę porsche zaparkowanego pod Biedronką.

Jednego tylko nie ogarnę…

Do tej pory wszystko jest proste i jasne, ale w jednym punkcie mam zagwozdkę.

Żeby mi się to wszystko złożyło w jedną całość, musiałbym się nauczyć tego samego. A więc np. obiecać korektę na środę, a zrobić ją na przyszły piątek i to posiłkując się Wielkim słownikiem suahili. Przyjąć zlecenie na tekst o zaworach kulowych, a napisać o kulkach do nęcenia karpi. Albo nic nie napisać, a zleceniodawcy wyjaśnić uprzejmie, że zapomniałem i że o co tyle krzyku.

Ale chyba jestem już na to za stary. Lubię porządek, słowność, punktualność i poważne traktowanie. Nie dam rady, nie umiem, nie potrafię wpisywać się w chaos.

I dlatego tak bardzo nie pasuję do otoczenia.

Marek Trenkler

Matuzalem blogosfery. Redaktor, korektor, autor tekstów
Mogę uczynić Twoje teksty lepszymi. Masz pytania? Propozycje? Zlecenie? Napisz do mnie: biuro@texter.pl

Tu nie dyskutujemy.

Drogi Czytelniku! Ponieważ wierzę, że jesteś istotą rozumną, doskonale wiesz, że ta strona używa cookies. Ba, wiesz nawet, co to jest. Aby jednak formalności stało się zadość, niniejszym informuję Cię: tak, ja też faszeruję nimi Twojego kompa, na co masz prawo się zgodzić lub nie. Wiedz przy tym, że jeśli odwiedzasz w internecie strony z gejowskim porno lub suplementami diety albo – o zgrozo – blogi młodych matek, to ja o tym nie wiem i nic nie chcę wiedzieć, to wyłącznie Twoja prywatna sprawa.