Kupiłem wrota dobra i zła

Mam go zaledwie kilka dni, a już zdążył mnie zawieść i zaraz potem uspokoić. Będzie ze mną jakieś dwa i pół roku, może dłużej. Przez cały ten czas będzie otwartymi wrotami, maleńką i wielką zarazem bramą dla dobra i zła. Ani on sam, ani ja, ani ktokolwiek spośród żywych nie wie, jakie wiadomości usłyszę, przeczytam i wyślę przez ten czas dzięki niemu. Nie wiem, jakim moim przeżyciom będzie towarzyszył, starannie zamknięty w kieszeni mojej jeansowej koszuli.

Mam nowy telefon.

Myślisz pewnie, że Ci go opiszę? Nie, ten tekst nie zawiera lokowania produktu. Ani wygląd, ani jakiekolwiek cechy tego smartfona nie mają tu znaczenia. Liczy się zupełnie co innego: niewiadoma, jaka towarzyszy wymianie jednego telefonu na drugi. Ty też ją cyklicznie przeżywasz. Czy kiedykolwiek zadałeś sobie pytanie, co ona oznacza? Bo przecież nie to, że nowy telefon ma więcej możliwości niż stary, że kusi swoją nowością, “apkami” i wyglądem.

wrota

Kiedyś, dawno temu, przeżywałem niedobry czas. Byłem sam jak palec, a na mojej dalekiej orbicie krążył ktoś, kto miał interesy skrajnie sprzeczne z moimi i umiał o nie walczyć. Ten ktoś czasami dzwonił na mój stacjonarny numer. Zaskakiwał mnie i zawsze psuł humor. Czasem groził, czasem straszył, czasem zapowiadał coś złego. Z tego powodu coraz bardziej nienawidziłem czarnego Siemensa.

Gdy moja sytuacja nieco się poprawiła, sprawiłem sobie nowy aparat stacjonarny, tym razem srebrzysty, a w jego pamięć wpisałem dwa słowa, które wyświetlają się do dziś: GOOD NEWS. Tak, chciałem, by ten aparat był przekaźnikiem dobrych, wyłącznie dobrych wiadomości. Chciałem w słuchawce słyszeć już nie prześladowcę, ale kogoś innego, dobrego, przyjaznego, kochającego. I tak też się stało. Choć, oczywiście, od tej reguły były wyjątki.

Wiem, to nie zależy od aparatu. Każdy telefon to jednak nowa epoka, nowy rozdział w życiu jego posiadacza. W ciągu miesięcy czy lat, przez które będzie mu służył, przekaże mu i pozwoli przekazywać na zewnątrz dowolną ilość słów, zdań, komunikatów, wiadomości, opinii, uczuć, emocji, nastrojów, zamiarów, planów, radości, smutków, rozczarowań, nadziei… Życie to przecież głównie suma naszych interakcji, naszych kontaktów z innymi ludźmi, także tych na odległość.

Gdy piszę te słowa, jestem słomianym wdowcem. Żona pojechała do Warszawy na jakąś konferencję. Umówiliśmy się, że wieczorem zadzwoni. Czekałem na ten telefon, ale się nie doczekałem. A czekałem w pewnym napięciu: wiem, że takie konferencje kończą się zazwyczaj pijatyką, w której moja ślubna nie chce uczestniczyć, ale bywa nagabywana przez podchmielonych już mocno kolegów z branży. Konferencyjni pijacy potrafią nawet walić w drzwi hotelowego pokoju, żeby tylko ściągnąć na imprezę dodatkową uczestniczkę.

Czekałem, ale telefon nie dzwonił. Wyobraźnia podsunęła mi już scenariusz, w którym żona została jednak jakoś przebłagana i męczy się w oparach alkoholu, gwarze imprezowiczów, może w zalanej hałaśliwą muzyką, tłocznej sali. Jest tak zestresowana sytuacją, że zapomniała zadzwonić: marzy tylko, by się wymknąć, ale nie daje rady.

Zazwyczaj chodzę spać około dziesiątej wieczorem, więc gdy nadeszła moja pora, wysłałem żonie SMS-a z życzeniami dobrej nocy. Miałem już wstać od biurka, zgasić światło i się położyć, gdy nadeszła wiadomość: Wracam do hotelu, dobranoc. No tak – wiedziałem, że przy okazji pobytu w stolicy żona spotka się tam z rodziną, ale do głowy by mi nie przyszło, że potrwa to tak długo i będzie wracała do hotelu późnym wieczorem. Uff. Uspokoiłem się i zasnąłem bez przeszkód.

Trochę dzięki niemu, dzięki mojemu nowemu smartfonowi, który jest ze mną od kilku dni. Obsługuje mój prywatny numer (do celów zawodowych używam innego numeru i aparatu). Nie dzwoni często. Nigdy nie byłem człowiekiem towarzyskim, nie mam licznej rodziny – kto miałby do mnie dzwonić, jeśli nie żona, która akurat jest poza domem? No tak, jeszcze rozmaite firmy, których jestem klientem, choćby foreksowi brokerzy, którzy co jakiś czas wybierają mój numer z dalekiego Cypru. Czasem dzwoni ten czy inny bank, trafia się też upierdliwy telesprzedawca, który nigdy nie powie prawdy w odpowiedzi na pytanie “skąd pan ma mój numer?”.

Dobrze mi z tym. Moja praca wymaga skupienia, ciszy i spokoju. Poza godzinami pracy dużo myślę, dumam, rozważam – dzwoniący co chwilę lub informujący o nadejściu nowej wiadomości telefon tylko by mnie rozpraszał i denerwował. Choć przyznam, że czasem jego milczenie staje się przykre. To wtedy, gdy chętnie pogadałbym z kimś innym niż żona, bo żonę znam na wylot i z góry wiem, co odpowie, gdy o coś zapytam. A tu chciałoby się czasem usłyszeć czyjś inny punkt widzenia. Tak, tego mi niekiedy brakuje. Gdy jednak rozważę wszystkie za i przeciw, telefon milczący jest dla mnie dobrym rozwiązaniem.

Przez telefon mogę wezwać pomoc, jeśli coś mi się stanie. Mogę dostać wiadomość o czyimś wypadku albo nawet, nie daj Boże, śmierci. Może zadzwoni ktoś z nielicznych znajomych i zaproponuje mi coś wspaniałego? Może dowiem się, że coś w czymś wygrałem? Przez telefon inni ludzie mogą mnie budować i niszczyć, wzmacniać i osłabiać, obiecywać mi coś albo czymś mi grozić, ostrzegać albo namawiać, rozśmieszyć do łez lub zasmucić, wprawić w euforię albo totalnie zdołować. Niewiele przesadzę, kiedy powiem, że mogą niemal wszystko. Tak, to oczywiście ludzie, a nie ten płaski prostokąt nafaszerowany dalekowschodnią elektroniką. Lecz to przecież on sprawi, że wszystkie te sygnały, impulsy i bodźce będą do mnie trafiać.

Takoż i ja mogę przez ten telefon oddziaływać na świat wokół mnie. Mogę np. spowodować, że ktoś straci pracę, jeśli poskarżę się na niego jego przełożonemu. Mogę pchnąć kogoś w stronę fortuny albo ruiny, jeśli namówię go do jakiejś poważniejszej operacji finansowej. Mogę przez ten telefon kochać albo zdradzać, uszczęśliwiać albo ranić. Tak, ja też mogę niemal wszystko, co da się przekazać lub zdziałać na odległość.

I dziś nie wiem, nie mam pojęcia, jakie informacje odbiorę i jakie wyślę w świat przez te dwa i pół roku do końca kolejnego cyrografu z T-Mobile.

Może być i tak, że mnie już nie będzie, a smartfon zostanie. Może ktoś wyciągnie moje resztki spod zatrzymanej na wysepce przystankowej ciężarówki, znajdzie go przy mnie i wybierze z niego numer oznaczony literkami ICE, by przekazać tragiczną wiadomość. Może zadzwonię z pokładu porwanego samolotu, by ostatni raz powiedzieć, że kocham…

Ty też. Przecież też jakiś masz. Tak, Ciebie może spotkać dokładnie to samo, czyli niemal wszystko. Z udziałem Twojego telefonu.

A wiesz, co jest w tym wszystkim najzabawniejsze, a może odwrotnie – najsmutniejsze? Na pewno zaś najdziwniejsze:

Wybierałem go starannie. Przeczytałem wszystko, co podaje o nim mój operator GSM. Przeczytałem, a nawet obejrzałem (na YT) ileś recenzji. Mimo to do salonu szedłem niezdecydowany – wyboru między modelem X a Y postanowiłem dokonać na miejscu. Dlaczego?

Bo ten świat zwariował. Żaden opis, żadna recenzja, żaden filmik nie dotyczył tego, co w smartfonie najważniejsze, czyli właśnie telefonu. Techniczni mądrale i szarlatani rozgryźli go dokładnie, zagłębiając się w swoich dociekaniach nawet w takie idiotyzmy jak mierzenie czystości bieli ekranu. Niczym Mieczysław Czechowicz w “Poszukiwany, poszukiwana”, który badał ponoć zawartość cukru w cukrze. Mierzyli czas pracy od naładowania do rozładowania, analizowali ostrość obrazu na zdjęciach i filmach, rozprawiali o tym, jak dobrze widać obraz, gdy na smartfona patrzymy pod pewnym kątem. Recenzowali wgrane fabrycznie “apki”, badali czystość brzmienia muzyki, ale żaden nie zająknął się nawet o tym, czy np. dany model ma czarną listę, dzięki której użytkownik może się uwolnić od akwizytora lub stalkera. Zresztą tego nie umiał mi powiedzieć nawet pan sprzedawca w salonie.

Bo dla nich wszystkich smartfon to urządzenie dla młodych, a współczesny młody człowiek bez niego nie trafi w domu do ubikacji, jeśli nie włączy map Google, a na miejscu nie trafi strumieniem moczu do muszli, o ile nie uruchomi “UrineBackSight”, aplikacji dostępnej w sklepie Google Play za czterdzieści dziewięć dziewięćdziesiąt dziewięć. To jego trener, coach, organizer, notatnik, mikrokomputer sterujący, detonator, biuro, warsztat, kino pozadomowe i drugie “ja”. To jego wszystko, tylko nie narzędzie komunikacji. Odwrotnie niż dla mnie.

Udało Ci się dobrnąć aż tutaj? Brawo.

To teraz spójrz na swój telefon. Spójrz z szacunkiem. I tak też go traktuj. Nie nabożnie, ale z należnym szacunkiem właśnie. Wyrażanym także w tym, by go nie nadużywać.

Bo to także Twoje wrota dobra i zła. Przychodzącego i wychodzącego.

__

PS: A wiesz, Czytelniku, kto jako pierwszy zadzwonił do mnie, odkąd mam ten telefon?

Teściowa…

Marek Trenkler

Matuzalem blogosfery. Redaktor, korektor, autor tekstów
Podobają Ci się moje teksty? Być może mogę napisać coś i dla Ciebie.

Mogę też, jako doświadczony redaktor i korektor, uczynić Twoje teksty lepszymi. Masz pytania? Propozycje? Zlecenie? Napisz do mnie: texterpl@gmail.com

Tu nie dyskutujemy.

Drogi Czytelniku! Ponieważ wierzę, że jesteś istotą rozumną, doskonale wiesz, że ta strona używa cookies. Ba, wiesz nawet, co to jest. Aby jednak formalności stało się zadość, niniejszym informuję Cię: tak, ja też faszeruję nimi Twojego kompa, na co masz prawo się zgodzić lub nie.