Zapisany na śmierć, czyli: jak wstaję z kolan

“A kto upadł, ten niech wstanie” – taki podtytuł umieściłem tu w jednym z ostatnich moich tekstów. Wygląda na to, że mi się ziściło. Strzałem w dziesiątkę okazało się przystąpienie do inkubatora przedsiębiorczości, który pozwala mi robić swoje, wystawiać faktury i nie martwić się ZUS-em. Strzałem kulą w płot było natomiast szukanie klienteli na teksty tam, gdzie jej nie ma, albo gdzie jest chętna do płacenia etiopskich stawek. Ale po kolei.

Błąkałem ja się, biedny miś, po serwisach ogłoszeniowych i po fejsie. Odpowiadałem na najrozmaitsze ogłoszenia, dawałem własne. Nie przynosiło to wiele pożytku. Oczywiście reagowałem też na ogłoszenia rekrutacyjne, takie, gdzie firma oczekuje CV i portfolio. Z tym ostatnim problemu nie było, gorzej z CV. Za moich czasów nazywało się to „życiorys”, było o wiele prostsze, ponadto de facto nie było mi nigdy potrzebne. Dopóki bywałem pracobiorcą, praca czekała na człowieka i żadnych papierzysk nie trzeba było w pocie czoła przygotowywać. Potem poszedłem na swoje i coś takiego jak szukanie pracy w ogóle mnie nie obchodziło.

Musze więc przyznać, że wysyłanie „aplikacji” przychodziło mi z pewnym trudem, budziło jakiś wewnętrzny opór. Młodzi Czytelnicy tego pewnie nie zrozumieją, ale trudno. Fakt faktem, że ileś tego porozsyłałem, ale efektów nie było. Nikt mi nie odmówił, po prostu nie nadchodziły żadne odpowiedzi. I nagle pod koniec września, zupełnie nieoczekiwanie dla mnie, odezwała się agencja, do której pisałem bodaj na początku lipca i o której zdążyłem już dawno zapomnieć. Przedstawiła warunki i zaproponowała zlecenie testowe. Warunki całkiem OK, zlecenie zrealizowałem i… bingo!

Matko, ile roboty

Wiem, czas na nowy fotel. Ale nie mam czasu, żeby kupić…

Zapisany na śmierć

Sytuacja odwróciła się o 180 stopni. O ile jeszcze do niedawna snułem się przygnębiony, zdołowany każdym dniem, który nie zaowocował wyszarpaniem jakiegoś zlecenia, o tyle teraz jestem zawalony robotą na amen. A mimo to z agencji przychodzi raz po raz wiadomość typu „a mógłbyś jeszcze te teksty na szybko?”. W sumie więc największym moim zmartwieniem jest teraz „kiedy ja to wszystko napiszę?!”.

Jestem więc teraz przede wszystkim copywriterem. Nie mogę powiedzieć nic więcej, bo musiałem podpisać NDA, czyli umowę o poufności. Ale gdybym miał jakoś zilustrować to, z czego teraz żyję, zacytowałbym ze starej piosenki grupy Perfect:

W knajpie dla braw / Klezmer kazał mi grać / Takie rzeczy, że jeszcze mi wstyd…

Ale nie narzekam. Ambicje są dobre dla młodych. Chyba nawet wolę pisać rzeczy mało ambitne, od których z czaszki leci tylko niewielka smużka dymu. Grzybica pochwy? Czemu nie. Suplementy diety? Dawać, biorę. Porady dla ciężarnych? Czemu nie, a bo to ja raz w ciąży byłem?

I dzięki temu jeszcze lepiej rozumiem, dlaczego w internecie jest tyle bzdur. Jestem za to współodpowiedzialny.

Pani pozwoli, że odmówię

Rozbisurmaniłem się. Wczoraj zadzwoniła do mnie jeszcze jedna agencja, do której pisałem chyba jeszcze przed wojną polsko-bolszewicką. Miła pani zapytała, czy jestem nadal zainteresowany, a ja już nie pamiętałem, czym. No to obiecała mi maila z propozycją współpracy.

Przeczytałem, policzyłem, po czym uprzejmie odmówiłem, argumentując, że stawka nie jest dla mnie atrakcyjna. Wiecie, jaka to radość?

Nie powiem, żebym już tonął w banknotach, ale w porównaniu z jeszcze bardzo niedawną sytuacją czuję się o niebo lepiej. Jak bym nie liczył, na chleb, czynsz i spłatę bankowych rat powinno już wystarczyć. Nie marnuję też czasu na szukanie zleceń, nie irytuję się nieodpowiedzialnymi „rekruterami”, ba, zaczynam współczuć tłumom copywriterów, którzy wciąż muszą łasić się do każdego, kto zaproponuje im, że łaskawie pozwoli, by coś dla niego napisali.

A redakcja i korekta? No cóż, teraz będę takie zlecenia traktował jak hobby. Pewnie, że wolałbym poprawiać za dobre pieniądze jakąś ciekawą powieść, ale jak się nie ma, co się lubi, to się wykonuje swoją pracę i nie jojczy. Zwłaszcza, że tej pracy jest na rynku o wiele mniej, niż to podają GUS-y.

Jak tak dalej pójdzie, to z czasem wstanę z kolan na amen i powrócę do pozycji homo sapiens, czyli człowieka zasapanego.

Trzymajcie kciuki.

 

Marek Trenkler

Matuzalem blogosfery. Redaktor, korektor, autor tekstów
Podobają Ci się moje teksty? Być może mogę napisać coś i dla Ciebie.

Mogę też, jako doświadczony redaktor i korektor, uczynić Twoje teksty lepszymi. Masz pytania? Propozycje? Zlecenie? Napisz do mnie: texterpl@gmail.com
  • Powodzenia w twórczym biznesie 🙂

    P.S. Dopóki nie piszesz horoskopów, to jest dobrze ;:)

  • Marku, gratuluję. Pamiętam, jak niedawno narzekałeś. Może i mnie coś się z czasem trafi. Trzymam kciuki żeby hossa trwała jak najdłużej:)

    • Na pewno sobie poradzisz. Przypuszczam, że – w odróżnieniu ode mnie, samotnego wilka – znasz masę ludzi i ci ludzie Ci pomogą, gdybyś sama czegoś odpowiedniego nie znalazła.

      • Dziękuję, dam znać, jak coś się zdarzy.

Drogi Czytelniku! Ponieważ wierzę, że jesteś istotą rozumną, doskonale wiesz, że ta strona używa cookies. Ba, wiesz nawet, co to jest. Aby jednak formalności stało się zadość, niniejszym informuję Cię: tak, ja też faszeruję nimi Twojego kompa, na co masz prawo się zgodzić lub nie.